Posted
Comments None

(“Busy” – exasperatedtinagoldstein)

– Cieszę się, Newt. Cieszę się razem z wami, obojgiem. Naprawdę. – Uśmiechnęła się rzewnie i dodała: – Zwierzęta ją uwielbiają i wyraźnie widać, że ty też. Tak jak powiedziała Lally, to niezwykła kobieta. I zasługuje na twoją miłość.

– Przepraszam… – jedynie tyle był w stanie wykrztusić. Bunty, idąc w stronę drzwi i po raz ostatni rozglądając się po pustym domu, zaśmiała się tylko.

– Nie przepraszaj, Newt. Nigdy nie przepraszaj. Byłeś już zakochany, kiedy cię poznałam. Miałam tylko nadzieję, że kochasz zwierzęta, a nie kogoś innego, ale się myliłam. A taka miłość jak twoja i Tiny to jest coś, co zdarza się tylko w bajkach.

Parsknął krótko.

– Nie powiedziałbym, że to jakaś fantazja. Oboje wiele nad tym musimy pracować.

– A jednak, Newt, codziennie po przebudzeniu, czy razem, czy też osobno, postanawiacie jedno drugie kochać. Postanawiacie jedno drugie całym sercem akceptować. Większość ludzi marzy o takiej miłości, że rozumie się partnera, omawiając z nim wszystko co trzeba. A wy dwoje robicie to bez słów; wystarczy ci jedno spojrzenie i już wiesz, co Tina myśli – pomimo tego, że nie przepadasz za ludźmi. Tego się trzymaj i nigdy za tę miłość nie przepraszaj.

Author
Categories

Posted
Comments None

(“Without the Words” – blatheringbluejay)

Pani Scamander aż otworzyła szeroko oczy ze zdumienia. – No proszę – rzekła, a w tym krótkim zdaniu zdołała zawrzeć całą konstatację. A potem – rzecz zdumiewająca – jej rysy rozświetlił delikatny uśmiech. – Wygląda na to, że Newt w końcu znalazł pokrewną duszę.

Tina nie bardzo wiedziała, co na to powiedzieć – nie spodziewała się wcale, że jej tyradę kobieta skwituje uśmiechem, zamiast na przykład wszcząć kłótnię. Postawiła sobie zatem talerz na kubku z kawą i wstała.

- Może zjem śniadanie na zewnątrz – rzuciła, podeszła do drzwi wyjściowych i nawet nie zadając sobie trudu, by się obejrzeć, otworzyła je pchnięciem i wyszła.

Dzień wcześniej, gdy przyjechali, wypatrzyła przy ścieżce koło domu ławeczkę z widokiem na klify i ocean, ruszyła więc w jej kierunku z nadzieją na chwilę na osobności. Lubiła patrzeć na morze – oglądanie toczących się fal miało w sobie coś uspokajającego. I stanęła jak wryta, widząc, że ławeczka jest już zajęta – stopy oparłszy na kamieniu, rozsiadł się na niej wygodnie Tezeusz, który trzymał w dłoniach parujący kubek. Nie chcąc mu przeszkadzać, zawróciła po cichu i zamierzała odejść, ale zdążył ją dostrzec.

- Tina! – zawołał wesoło; przesunął się odrobinę i wyprostował, robiąc na ławce więcej miejsca. – Chodź, przysiądź się.

Mogłaby pewnie odrzucić zaproszenie, ale było widać, że właśnie w jego kierunku zmierza. Udawanie, że nagle zmieniła zdanie, wyglądałoby dziwnie, zatem z niewesołym uśmiechem ruszyła dalej ścieżką. Właściwie chciała pobyć sama, jednakże w zachowaniu Tezeusza – którego jeszcze słabo znała – nie było nic, co sprawiałoby, żeby mogła nie mieć ochoty na jego towarzystwo, założyła więc, że nie okaże się nieznośny.

Usiadła obok niego, ostrożnie stawiając kubek z kawą i talerz na podłokietniku ławki. Gdy zerknęła w bok, zobaczyła, że Tezeusz badawczo jej się przygląda.

- Wszystko w porządku? – spytał, a potem zmarszczył brwi i nie czekając na odpowiedź, dodał: – Nie wzięłaś płaszcza?

Aj! Faktycznie. Do tego kiedy już nie dodawały jej wigoru wzburzenie i szybki marsz, chłodna bryza znad klifów zaczęła dawać jej się we znaki.

- Żaden problem – skłamała.

Tezeusz najwyraźniej jej nie uwierzył. Zadrżała nagle i pewnie to również nie uwiarygodniło jej zapewnienia. – Masz – powiedział i odstawił kawę, by zrzucić z siebie płaszcz. – Załóż mój.

- Nie trzeba, naprawdę… – zaprotestowała, ale uciszył ją jednym spojrzeniem.

- Sam mój sweter jest dość ciepły, zresztą zaraz wracam do środka. Jak tu przyszłaś, a o włożeniu płaszcza nawet nie pomyślałaś, to pewnie wcale nie jest ci śpieszno po niego wracać, więc proszę. – Z tymi słowy wstał i ściągnął płaszcz do końca, by jej go podać. – Nalegam.

- Dzięki – odparła. Również wstała, wsunęła ręce w długie rękawy i owinęła się ciasno płaszczem. Czuła się nieco niezręcznie. Opatulenie się materiałem lekko pachnącym płynem po goleniu mężczyzny, którego miała okazję poznać tylko pobieżnie, było dziwnym i raczej dyskomfortowym doznaniem – niczym awersja, jaką czuje się w hotelu na myśl o przyłożeniu twarzy do prześcieradła, na którym spał ktoś inny. Płaszcz był za to ciepły, od razu więc doceniła ochronę przed porannym chłodem, jaką dawała ciężka wełniana tkanina.

Usiadła, a po niej na ławce z powrotem rozsiadł się Tezeusz. Wziął znów w dłonie odstawiony kubek; gdy uniósł go do ust, dobiegła ją woń zawartości. Uniosła brwi.

- Kawa? – spytała.

- Wydajesz się zaskoczona – odparł z uśmiechem i ponownie odłożył kubek.

- Odkąd zawitałam do tego kraju, już tyle razy częstowano mnie herbatą, że nie spodziewałam się, żeby wasza mama w ogóle miała kawę, a co dopiero ją pijała. A już całkiem nie do pomyślenia wydawało się, że zobaczę z kawą również ciebie.

Tezeusz parsknął cicho.

- Newt też pija kawę, wiesz? – Widząc jej pełne niedowierzania spojrzenie, szeroko się uśmiechnął. – Och, tak, jeśli ma wybór, to preferuje herbatę, jak na angielskiego dżentelmena przystało, a kawy raczej nie pije czarnej – wolałby taką, jaką parzą we Włoszech albo we Francji, czyli mocną, ale z gorącym mlekiem. I czasem z cukrem – taki z niego łasuch.

To ostatnie już zauważyła, ale jego skłonność do picia kawy była dla niej nowością.

- W Nowym Jorku ani razu nie pił kawy – przypomniała sobie na głos. – Pomyślałam, że jej po prostu nie lubi.

- Aha – skwitował Tezeusz. Na chwilę uniósł kubek i łyknął odrobinę. – To dlatego, że amerykańska kawa to gówno.

- Proszę? – wykrztusiła, nie przełknąwszy nawet do końca malinowego ciasteczka, bo ze wzburzenia aż zapomniała o manierach. Tezeusz wyszczerzył zęby w uśmiechu.

- Zawsze jakimś cudem jest jednocześnie za słaba i za gorzka. Nie mam pojęcia, jak wam się to udaje. Trudno się jednak dziwić, bo podobnie potraficie zepsuć również herbatę.

Tina uniosła wzrok znad śniadania i spiorunowała go spojrzeniem.

- Kazałeś mi się przysiąść tylko po to, żeby obrażać mój kraj?

- Nie! – parsknął. – Może poczujesz się lepiej, gdy cię zapewnię, że jeśli chodzi o kawę, to Angole są jeszcze gorsi. Mój kraj, jak się zdaje, zapałał gorącym uczuciem do tego rozpuszczalnego paskudztwa, którym się z nami podzieliliście podczas wojny, ale u nas nawet o przyrządzonej z pomocą magii filiżance świeżo palonej kawy ziarnistej nie da się powiedzieć, że smakuje jak należy. Jakbyśmy nie opanowali do końca koniecznych zaklęć. Pewnie dlatego, że jesteśmy rozmiłowani w herbacie, a całkiem porządną kawę robią nam skrzaty domowe w Hogwarcie. Poza tym na dobrą kawę możemy jednak liczyć chyba tylko wtedy, kiedy jest robiona na mugolskie sposoby. W każdym razie mama gustuje w kawie, więc Newt zawsze stara się przywozić z podróży najlepsze ziarna.

- Bardzo dobra – przyznała Tina, gdy upiła łyczek. Nagle jednak zmarszczyła brwi, bo w pełni uzmysłowiła sobie, co właśnie powiedział. – Tak ją lubi, a chciałaby, żeby Newt przestał podróżować?

Argument, rzecz jasna, był nieprzekonujący, ale wciąż czuła zdenerwowanie i gotowa była przyczepić się byle drobiazgu. Tezeusz aczkolwiek tylko wydął policzki i wypuścił ustami powietrze w uderzająco znajomy sposób. Nieczęsto tak wyraźnie było widać podobieństwo, jakie łączyło Newta z bratem.

- Wiesz… – zaczął, posyłając jej zmęczony uśmiech. – Zadałaś wielopoziomowe pytanie. – Dopił kawę, zostawiając tylko fusy. Pochylił się do przodu, oparł łokcie na kolanach i zaczął bawić się pustym kubkiem. – Mama kocha Newta…

- Każdy tak powie – ucięła Tina. – Niemniej jednak po tym zdaniu zwykle następuje jakieś “tylko że”.

- Tylko że – Tezeusz spojrzał na nią znacząco – ona się o niego martwi. Zawsze się martwiła, nawet kiedy jeszcze był małym chłopcem. Sam też się o niego martwię. Newt jest… – urwał i zmarszczył brwi, jakby szukał odpowiedniego słowa. – Krótko mówiąc, to po prostu Newt. On jest trochę… inny.

- Wasza mama też jest tego zdania, ale wiesz, to nic złego.

- Wiem – westchnął, pokiwał głową i spojrzał jej w oczy. – Szczególnie teraz zdaję sobie z tego sprawę. Dociera do mnie, że traktowałem brata nieuczciwie, podobnie jak i mama. Wiecznie nam przysparzał trosk – tym, jak ciężko mu zawierać przyjaźnie, swoim zainteresowaniem zwierzętami, no i tym, że prawie z każdym umie się poróżnić, szczególnie z tymi, którzy mają jakąś władzę. Jakoś jednak do nas nie dotarło, że to już dorosły mężczyzna, który potrafi sam o siebie zadbać – nie musimy robić tego za niego. Już nie jestem mu potrzebny. I chyba w ogóle nie byłem.

- Tezeuszu, jesteś jego bratem! – odparła karcąco Tina, choć patrzyła na niego ze współczuciem. – On cię potrzebuje, ale myślę, że chciałby mieć brata, a nie oficjela, z którym by się wadził.

Uśmiechnął się blado.

- To też już pojąłem.

- No cóż – westchnęła Tina. – Właściwie nie powinnam się wypowiadać, za to mogłabym posłuchać swojej własnej rady.

Przez chwilę mierzyli się spojrzeniem, a w tym spojrzeniu był ból i empatia; obopólne zrozumienie – tak w relacji między starszym rodzeństwem, jak i między dwojgiem aurorów. Ciężko było czasem jednocześnie występować w jednej i drugiej roli.

- To nie tak, że mama nie chce, żeby Newt podróżował – albo że ja nie chcę – przerwał chwilę ciszy Tezeusz. – Nie w tym rzecz. Chodzi o to, że Newt niezbyt chętnie dzieli się szczegółami swoich planów, o ile w ogóle napomknie, że gdzieś wyjeżdża. Najczęściej jak dokądś poleci za Merlin wie czym, to bywa, że napisanie, czy go długo nie będzie, to dla niego za dużo zachodu. Nie wiemy, czy on żyje, czy tylko jest ranny albo gdzieś siedzi w więzieniu. To o tym myśli mama, kiedy mówi, że chciałaby, żeby się ustatkował; to dlatego tak go naciska, żeby więcej z siebie dawał w ministerstwie. Wolałaby się orientować, gdzie go znaleźć, wiedzieć, że jest bezpieczny, no i żeby miał perspektywę kariery, po której da się spokojnie przejść na emeryturę. Dlatego się o niego martwi.

- Ja to rozumiem – przytaknęła – ale może zależałoby mu bardziej, gdybyś go o tym poinformował. Przez zrzędzenie, dezaprobatę i besztanie wydaje mu się, że postrzegasz go jako dziecko, które trzeba kontrolować i dyscyplinować. Założę się, że wystarczyłoby powiedzieć: “mów nam, czy u ciebie wszystko w porządku, bo martwimy się o ciebie”, a osiągnęłoby się dużo więcej niż reprymendami czy krytykowaniem. Wiem, że to potrafi być frustrujące, ale nie możesz oczekiwać, że przestanie go nosić za stworzeniami, którym trzeba pomóc. On taki już jest. Pójdzie szukać tego, co dla niego ważne, a zignoruje wszystko inne.

- Aaa, tak, wiem – odparł Tezeusz. Uniósł brwi i dodał: – Na przykład złamie nałożony na niego zakaz podróży zagranicznych, żeby wyruszyć do Paryża – na rozkaz Dumbledore’a, jak założyło ministerstwo. Chociaż pewnie więcej to miało wspólnego z odkryciem miejsca pobytu pewnej rozbisurmanionej amerykańskiej aurorki?

- Ja wcale… – Tina poczuła, że się rumieni. – Nie mam pojęcia, o czym mówisz.

- Hmm? – Tezeusz uśmiechnął się ironicznie. – Naturalnie. – Utkwił w niej spojrzenie, a w jego oczach widać było coś, czego nie umiała odczytać, lecz z twarzy nie schodził mu filuterny uśmiech. – No dobra – powiedział w końcu, szykując się, żeby wstać. – Ja wracam do środka. Jakbyś chciała szukać mojego brata, prawdopodobnie znajdziesz go w stajni. Kiedy tu przyjeżdża, większość czasu spędza właśnie tam. – Zerknął na swój pusty kubek i wyszczerzył zęby. – Trzymaj – powiedział, machnięciami różdżki przywołując kawę, mleko i cukier do naczynia, gdzie gorący napój natychmiast zaczął parować. – Jak go znajdziesz, daj mu to. Kiedy go dzisiaj widziałem, wyglądał koszmarnie, tak że pewnie doceni.

Na moment zwiesiła głowę na wspomnienie wydarzeń wczorajszego wieczoru.

- No tak – odparła tylko, biorąc w dłonie kubek. – Dzięki.

Tezeusz, jak na opanowanego aurora w każdym calu przystało, nadal nie spuszczał z niej czujnego spojrzenia.

- Tina, chciałbym, żebyś nie pomyślała sobie teraz, że może bronię Newta, albo że popieram wszystko, co on robi – ani nie bronię, ani nie popieram. My, Scamanderowie, naprawdę potrafimy czasem zrobić z siebie idiotów; jestem pewien, że twoje podkrążone oczy to przynajmniej częściowo jego wina – może nawet wyłącznie jego. Sądzę jednak, że zaniedbałbym swoje braterskie obowiązki, gdybyśmy nie odbyli tej rozmowy.

Popatrzyła na niego pytająco.

- To znaczy jakiej?

Tezeusz westchnął głęboko i na moment zapatrzył się w dal, nim ponownie zwrócił wzrok na nią.

- Wyraźnie widać, że Newt ma o tobie jak najlepsze zdanie. Wiesz, to może nie jest żelazna reguła, ale my mało komu spoza rodziny dajemy zaklęcie pozwalające na wstęp na teren posiadłości. To bardzo wiele mówi, że Newt ci je od razu zaoferował. Chcę tylko, byś była świadoma, że on jest zwykle szczerze oddany tym, których uważa za przyjaciół. Aż do przesady, można by rzec. – Patrząc na nią przenikliwie, dodał: – Nigdy tego nie wykorzystuj, proszę.

- Albo będę musiała odpowiedzieć przed tobą?

- Owszem, pewnie taka miała być konkluzja niniejszej konwersacji – odparł; uśmiechnął się lekko, a jego oczy złagodniały. – Nie znamy się za dobrze – ciągnął – ale o ile mi wiadomo, nie będzie z tym problemu.

- Wiesz, niczego takiego nie planuję i nie zrobię. Przynajmniej celowo.

- W porządku – skwitował. Wzdrygnął się lekko i roztarł dłonie, aby je ogrzać. – I z tym cię zostawię.

Odwrócił się ku domowi, szykując się do odejścia.

- Tezeuszu? – odezwała się cicho, nim zdążył się oddalić; oglądnął się. – Naprawdę przykro mi z powodu Lety. Przez to całe zamieszanie i wszystko, co zrobiła moja siostra, nic wcześniej nie powiedziałam, ale… przykro mi.

– Mnie też – westchnął, uśmiechając się niewesoło. – Dziękuję. – Na moment zamilkł, potem wcisnął ręce do kieszeni i spuścił głowę. – Zorganizuję później małą ceremonię. Mama uważa, że pewnie pomoże mi to… zaakceptować sytuację. Tylko dla rodziny, nic wielkiego – dodał i uniósł wzrok. – Chciałbym, żebyś przyszła, jeśli nie masz nic przeciwko. Newt na pewno też by chciał.

Poczuła niespodziewane wzruszenie, słysząc sugestię, że zalicza się ją w poczet rodziny.

- Och… Oczywiście.

Kiwnął głową i jeszcze raz uśmiechnął się do niej blado, nim odwrócił się, by ruszyć w stronę domu. Tina przez chwilę analizowała w myślach jego słowa. Wyraz twarzy, jaki miał Tezeusz, gdy obserwował, jak na moście w Hogwarcie Newt rozmawia z Dumbledore’em, był tym samym wyrazem, który widziała przed chwilą. Czy Dumbledore wykorzystał lojalność Newta? Nie znała profesora wystarczająco, by wiedzieć; Newt najwyraźniej darzył go szacunkiem, a wiedziała, że przyjaciel jest spostrzegawczy i niemożliwe, żeby się w ogóle nie zorientował, że się nim manipuluje. Uznała jednak, że musi mieć oko na Dumbledore’a, jeśli znów go spotka.

Zastanawiała się – nie pierwszy raz zresztą – co takiego wydarzyło się między Newtem a Letą. Jak już wiedziała, niepotrzebnie była zazdrosna o Letę, która jednak kiedyś wiele dla Newta znaczyła; zawsze gdy Newt wspominał Letę, zdawało się, że mówienie o niej sprawia mu ból. Czy ona go jakoś wykorzystała? Tina wątpiła, by sprawa była aż tak prosta, inaczej – jak mogła domniemywać po uprzejmym ostrzeżeniu, które przed chwilą dostała – Tezeusz po prostu nie planowałby się z nią żenić. Newt nie wyjaśnił jej, czemu po ukończeniu szkoły on i Leta nie byli sobie tak bliscy jak wcześniej, a Tina nie chciała o to pytać. Musiała przyznać, że po trosze wcale już nie ma ochoty się dowiedzieć, jak bardzo się z Letą do siebie zbliżyli, zresztą głupio byłoby czegoś komuś zazdrościć, wiedząc, że to już przeszłość. Samo to, jak wczoraj Newt na nią patrzył, gdy wieczorem w zachodzącym słońcu stali razem na polu, powinno było w zupełności wystarczyć, by przestało jej się wydawać, że chemia między nimi jest tylko jej złudzeniem. Pragnęła już wyzbyć się wątpliwości na jego temat, tylko od dawnych obaw ciężko było jej się całkiem uwolnić.

Westchnęła, podniosła się z ławki i zwróciła wzrok w kierunku stajni. Już raczej nie kwestionowała uczuć Newta, ale i tak po tym, co zaszło między nimi wieczorem, zdecydowanie musieli porozmawiać.

Author
Categories

Posted
Comments None

(“Mirror Images” – Unquietlibrarian)

Streszczenie: Akcja rozgrywa się zaraz po wydarzeniach ze “Zbrodni Grindelwalda”. Newt i Tina chcą pobyć chwilę na osobności, żeby uporać się ze zmartwieniami. Wtedy trafiają na fascynujące zwierciadło. Eksplozja fluffu.

Newt czuje ulgę, gdy po wizycie w gabinecie Dumbledore’a zaraz za drzwiami dostrzega Tinę. Po tym, z jaką determinacją wczoraj jej poszukiwał… Bolało go, że wcześniej musiał zostawić ją na tym moście (nie wspominając już nawet o Tezeuszu czy Jacobie), choć było to tylko na chwilę. Na jej twarzy widzi zdecydowanie, opanowanie i determinację – gdyby był Grindelwaldem, mógłby już zacząć się bać. Tylko na jak długo Tinie wystarczy jeszcze sił?

Dumbledore kazał mu zawołać wszystkich do gabinetu, by mogli zaplanować kolejne posunięcia. Newt, nawet się nie rozglądając, podchodzi prosto do Tiny; po krótkim wahaniu ośmiela się podnieść oczy.

- Jak się czujesz, Tina?

Przez moment broda jej się trzęsie, potem jej rysy znów tężeją. Nie jest pewna, czy da radę to zrobić – bardzo chciałaby móc po prostu się rozpłakać i otworzyć przed nim, skoro już wie, jak mu na niej zależy.

- W porządku, Newt… Co teraz zrobimy?

- Właśnie o tym mamy za chwilę rozmawiać. On nas zaprasza.

Machnięciem ręki wskazuje wejście. Tina bez wahania wymija go, jakby nawet krótka rozmowa była kroplą, która może przelać czarę. Zaraz jednak przystaje, gdy jego ręka sięga i chwyta ją za nadgarstek. Newt czuje, że jej dłoń drży; nie spuszczając z niej oczu, czeka cierpliwie, aż przyjaciółka na niego popatrzy. Tina w końcu poddaje się i spogląda na niego – widać, że zbiera jej się na płacz.

- Może zamiast tego się przejdziemy? Rozmawiałem już z Dumbledore’em; oni nam wszystko przekażą.

Zerka przez ramię na Jacoba, posyła mu tylko znaczące spojrzenie i rusza, prowadząc Tinę korytarzem. Nie zatrzymuje się nawet, gdy zauważa, że Tezeusz sceptycznie mu się przygląda.

Tina pozwala się prowadzić, nie pytając, dokąd idą. Po prostu ma nadzieję, że zaraz tam trafią; łzy przyćmiewają jej wzrok.

Newt zdecydowanie wolałby tu trafić w bardziej sprzyjających okolicznościach. Zna wiele miejsc, gdzie chętnie by ją kiedyś zabrał. Ale nie teraz. Nie po tym, co przeszli przez ostatnie dwadzieścia cztery godziny.

Zdaje sobie sprawę, że potrzebne jej ustronne miejsce, by mogła uwolnić emocje. Wędruje zatem w głąb zamku, kierując się do pustej klasy, gdzie kiedyś często zaglądał. W szkole był małym specjalistą od znajdowania sobie kryjówek, w których nikt nie krzywdził jego zwierząt; gdzie mógł po prostu być sobą – przy nich. I oczywiście u boku Lety, ale wspominanie jej teraz jest zbyt bolesne.

Pchnięciem ręki otwiera jej drzwi i woła: – Tutaj, Tina! – a ona, zupełnie nie okazując zainteresowania, zdaje się na niego. Dobrze wie, że Newt wszystko rozumie i tylko szukał dla niej odosobnionego miejsca, jeśli chciałaby w samotności uronić łzę.

Drzwi zatrzaskują się cicho. Newt zerka na nią nerwowo; Tina odwraca od niego twarz, bo nie jest jeszcze gotowa pozwolić mu zobaczyć, jak płacze. On zaś, by uszanować jej wolę, przechodzi do okna. Bębni palcami po cegłach parapetu i z całych sił stara się odepchnąć myśli o Lecie, które przychodzą mu do głowy, gdy roztacza się przed nim przepiękny widok na błonia. Po nosie ciekną mu łzy – płacze nad losem własnym i brata, nad przyjaciółką z dzieciństwa i nad czarownicą, która ma oczy jak salamandra, popłakującą na drugim końcu pokoju.

Tina odchodzi w najdalszy kąt komnaty i siada na podłodze. Teraz zasłania ją przed Newtem wielkie zwierciadło, za którym może się schować. Kuli się tak, że czołem dotyka kolan, i przez kilka minut pozostaje w tej pozycji.

Powtarza sobie w myślach, że on też cierpi. Stracił kogoś, na kim mu zależało, a Queenie przecież nie zginęła. Newt może jej potrzebować, a Tina chce pomagać mu w potrzebie. Kiedy więc ma już dość użalania się nad sobą, wstaje, gotowa służyć mu pomocą.

Zwierciadło oddziela ich od siebie i Tina musiałaby je teraz obejść, żeby wrócić do Newta. Tak okazałe i stare zwierciadło zdaje się stworzone do tego, by być wyposażeniem zamku. Ciekawi ją, jak wyglądałaby w takim lustrze. I jak w ogóle teraz wygląda. Kiedy ostatnio patrzyła w lustro? Na pewno jeszcze zanim musiała przespać się w kanałach.

Spodziewa się zobaczyć zmęczoną i umorusaną czarownicę z podkrążonymi oczyma, ale już na pierwszy rzut oka można odkryć, że zwierciadło pokazuje znacznie więcej, niż tylko odbija. Tina przeciera oczy ze zdumienia, jakby to miało jej pomóc lepiej widzieć. Z lustra patrzy na nią przynajmniej tuzin ludzi. Co tu źle działa? – zastanawia się z niepokojem. Zmysły czy mój mózg?

Po lewej stronie swojego odbicia odnajduje wzrokiem patrzących na nią rozpromienionych rodziców i ogarnia ją fala wzruszenia. Ile to już lat minęło, odkąd oglądała ich uśmiechy? Jak mogły jej wylecieć z pamięci urocze zmarszczki wokół oczu ojca? Dołeczki na policzkach matki? Przygląda się pozostałym lokatorom przestrzeni w lustrze i z osłupieniem uświadamia sobie, że na środku perspektywy lustrzana Tina obejmuje Newta, a każde z nich ma koło siebie, jak się zdaje, jedno z ich dzieci – ona trzyma, opierając go sobie o biodro, paromiesięcznego niemowlaka, do Newta zaś lgnie kilkuletnia dziewczynka. Tina wygląda zza lustra, by się upewnić, czy Newt nic nie zauważył.

Wyglądają zupełnie jak on, myśli, przyglądając im się z zachwytem. Ich córka uśmiecha się promiennie do Newta i trzepocze rzęsami, jakby spotkała najprzystojniejszego mężczyznę na świecie. Tina omal nie wybucha śmiechem, choć nie odmówiłaby córeczce racji. Nie miała pojęcia, jak silną reakcję może wywołać ujrzenie swoich dzieci, zresztą nie sądziła, że w ogóle będzie miała dzieci. Przecież one nie istnieją! – myśli gorączkowo. Nawet wobec tej smutnej prawdy nic nie jest jednak w stanie umniejszyć dumy, fascynacji i tęsknoty, jakie czuje Tina, gdy chłonie widok ich twarzy.

Za plecami Newta widać Queenie i Jacoba z czwórką dzieci. Mają trzech chłopców i dziewczynkę – przeurocza rodzina. Och, jak bardzo chciałaby, żeby siostra tu była i mogła to zobaczyć! Chęci to jednak za mało, by Queenie wróciła.

Ogarnia ją uczucie palącego wstydu i ściska za gardło przerażenie na myśl o siostrze i Jacobie – ta przyszłość pewnie nie będzie już ich udziałem. Oraz na myśl, że przynajmniej po części sama jest winna temu, co pchnęło Queenie w objęcia szaleńca. Tina czuje nagle, że trudno jej oddychać.

- Newt?

Musi mieć go obok siebie, by sprowadził ją na ziemię. By rozszyfrował tę zniewalająco piękną wizję i przełożył ją na doczesność, w której Tina mogłaby żyć. Tylko tak można wszystko naprawić.

Newt podchodzi bliżej, a mina Tiny wzbudza jego niepokój. Zdaje się, że przyjaciółka spogląda w lustro, ale trudno być pewnym, nie stojąc przy niej – w każdym razie wygląda na poruszoną.

Jest naprawdę wdzięczna za to, że Newt tak szybko znalazł się u jej boku. Aportował się? Gdy podchodzi i zagląda do lustra, ze zdziwienia lekko wzdycha.

Newt nie ma pojęcia, co miałby ujrzeć w zwierciadle poza ich własnymi odbiciami, ale – na Merlina! – materializuje się tam zupełnie co innego. Oczywiście widać jego i Tinę, ale typowych dla Hogwartu ścian zamku wcale tam nie ma. Miejsce, w którym lustro ich pokazuje, znajduje się w walizce – a może to piwnice jego domu? Ależ byłoby wspaniale tam ją zabrać! Siedzą razem na szczycie pagórka w zagrodzie lunaballi, a u ich stóp leżą opróżnione wiaderka; Newt obejmuje ramieniem Tinę i oboje, pogodnie uśmiechnięci, obserwują scenę rozgrywającą się u podstawy pagórka, gdzie troje dzieci właśnie biega za rodziną niuchaczy.

Zdumiewająco trafnie, myśli rozbawiony Newt. Ich dzieci ganiają za niuchaczami. Bardzo przypominają Tinę – mają jasną skórę i śliczne czarne oczy; aż miło patrzeć na ich roześmiane buzie, a Newt jest pewien, że nigdy, przenigdy nie zapomni tego widoku. Och, jaką mogliby z Tiną mieć przed sobą przyszłość, gdyby artykuł z tego magazynu wszystkiego nie popsuł! I gdyby jego nadziei nie obróciły w popiół błękitne płomienie, naturalnie. Tylko co ona może o tym myśleć?

Tina bez słowa ujmuje go za rękę. Newt nagle wraca do rzeczywistości, a oczy ma wielkie jak spodki – bo przecież trzyma ją za rękę!

- Też to widzisz? – pyta cicho Tina. Newta ogarnia czułość; potakująco kiwa głową. Tina rozluźnia się i uspokaja, a potem znów oboje tęsknie wpatrują się w zwierciadło, jak gdyby nauczenie się na pamięć widocznych w nim obrazów miało tchnąć w nie życie.

Tina roztkliwia się, gdy patrzy, jak całuje ją dumny z siebie synek. Obok jej odbicia matka wybucha śmiechem, a potem pochyla się z miłością nad wnukiem, który zaraz i ją obdarowuje słodkim pocałunkiem.

Newt ściska jej dłoń, a u jego boku i w samym jego spojrzeniu jest to coś, co daje jej oparcie. Tina wzdycha.

- Zawsze nam mówili, że ja przypominam ojca, a Queenie mamę.

Ich spojrzenia się spotykają; na jego twarzy odmalowuje się zdumienie, a Newt nerwowo zerka w zwierciadło i zaczyna się rozglądać.

- Tina, ja… Nie widzę ich… w lustrze.

Spogląda na niego, a jej brwi wędrują aż pod grzywkę; głos lekko drży.

- A kogo widzisz?

Zaskakująco zmieszany i nerwowy, wzrokiem ucieka gdzieś w bok.

- No… Nas. W piwnicach u mnie w domu, ze zwierzętami. Wiesz, tam, gdzie je trzymam, kiedy nie podróżują w walizce.

Wymawia to tak, że jest oczywiste, iż zobaczył więcej.

- I tylko tyle?

Zdaje się, że Newt starannie dobiera słowa.

- Nie… Nie, są z nami… jeszcze inni ludzie.

Tina ma wrażenie, że Newt zbyt się krępuje, by jej coś wyznać, ale chyba wie, kogo on widzi. Myśli wirują jej w głowie, gdy próbuje sformułować pytanie tak, by mógł powiedzieć tylko tyle, ile sam zechce…

- Znamy ich?

Newt bierze głęboki wdech.

- W lustrze tak, ale… wśród żywych ich nie ma… jeszcze.

Tina wzdycha ze zrozumieniem. W końcu sama też to zobaczyła. Nie ma ich wśród żywych… Jeszcze. Gdy myśli o tym słowie, robi jej się ciepło na sercu. Odwraca się w jego stronę – ciało Newta natychmiast bezwiednie kopiuje jej ruch – i wyciąga wolną rękę, by ująć jego twarz i palcami musnąć piegi.

- Ja też widzę dzieci! – szepcze z lekkim uśmiechem.

Newt doznaje takiej ulgi, jak kiedy dzień wcześniej dokończyła za niego zdanie, mówiąc o salamandrach. Sytuacja przywodzi na myśl tamtą scenę, tym razem jednak Tina robi to, co należało zrobić już wtedy, czyli przysuwa się bliżej i całuje go w policzek. Szczęściem Newt ani się nie uchyla, ani nie próbuje odsunąć. Gdy Tina nieśmiało znów na niego zerka, Newt ma lekko rozchylone usta i zdaje się, że nie zdążył jeszcze pozbierać myśli. Urocze, myśli Tina, rumieniąc się przy tym.

Stojący nieruchomo, niczym wrośnięty w ziemię, Newt czuje się tak, jakby niespodziewanie nie miał dość sił, by wciągać i wypuszczać powietrze. Jak to możliwe? Jeszcze wczoraj znajdował się w biegunowo odmiennej sytuacji – Tina z uporem tytułowała go “panem Scamanderem” i odskakiwała, gdy za bardzo się zbliżał. Z nadzieją, że przyjaciółka w jego wzroku wyczyta uwielbienie, ryzykuje spojrzenie na jej twarz. Czy można ją poprosić, żeby zrobiła tak jeszcze raz? Czy zachował się właśnie tak, jak chciała? Może by się tyle nie gapić? Długo już nic nie powiedział? O rany! Wypadałoby się w końcu odezwać.

- Co… Hmm… Co ty widzisz? – pyta, gestem wskazując zwierciadło.

Tina odwraca się z powrotem, choć dłoń Newta nie puszcza jej dłoni. Natychmiast brak mu ciepła jej ciała i bliskości twarzy. I wpatrzonych w niego oczu salamandry.

- Rodziców. Stoimy obok nich, ja mam na rękach chłopczyka, a ty trzymasz w ramionach dziewczynkę – szepcze niemal bezgłośnie Tina. Newt zachęcająco ściska jej dłoń. – Po drugiej stronie widać Queenie i Jacoba; mają czworo dzieci. Wszyscy się do nas uśmiechają, jakby to był… rodzinny portret.

Głos jej się łamie, gdy mówi o rodzinie. Newt puszcza jej dłoń, by zaraz – z wahaniem – objąć ją ręką, a Tina opiera głowę o jego ramię i zamyka oczy.

- Czy myślisz, że ono pokazuje nam, jak przyszłość… mogłaby wyglądać, gdyby wszystko inaczej się ułożyło?

Newt stara się nie poddawać, choć nielekko mu to przychodzi. Nie przyznałby się do tego, ale nie może wyzbyć się nadziei, że przyszłość widoczna w lustrze kiedyś nadejdzie. I gorąco pragnie, by i ona tak samo nie traciła nadziei. Rzecz jasna, opierając się na tym, co on ujrzał. Najwyraźniej jednak Tina też w pewnym momencie musiała czegoś takiego zapragnąć, skoro w zwierciadle również dostrzega ich dzieci. Cóż to za zdumiewające lustro?

Tina fizycznie wręcz czuje, jak Newt się zastanawia i jak kłębią się jego myśli. Łamie sobie głowę nad odpowiedzią dużo dłużej, niż oczekiwała.

- Nie, ja… Może pokazuje, co dałoby nam najwięcej szczęścia?

W kącikach jej oczu widać łzy, gdy Tina unosi wzrok. Na widok jej miny Newt w niespodziewanym akcie odwagi rozkłada ręce, gestem zapraszając ją w ramiona. Tina podchodzi powoli, obejmuje go w talii i skłania ku niemu głowę; Newt przyciska ją do siebie, a uczucie jest tak oszałamiające, że aż zapiera mu dech – to, jak cudownie ją przytulać, jak bardzo na miejscu, jak długo trzeba było na to czekać i jak trudno mu odtąd będzie bez tego przeżyć nie tylko resztę życia, ale choćby jeden dzień.

Bezpieczna w jego objęciach, wytrzymuje ledwie parę sekund, nim w końcu emocje biorą górę.

- Och, Newt, straciłam wszystko… Queenie ode mnie odeszła i to moja wina, że… Że ją i Jacoba nigdy już nie będzie mogło spotkać to, co tu widzę… Ona tak bardzo chciała dołączyć do Grindelwalda… Jak w ogóle mogło jej coś takiego przyjść do głowy? Naprawdę tego nie pojmuję… – Mocno wtula się w jego ramię i zaczyna łkać. – Kiedy zmarli rodzice, przynajmniej ona była przy mnie, a teraz nie mam nikogo… Chcę znów mieć rodzinę. Bardzo brakuje mi Queenie i… chciałabym znowu mieć najbliższych.

Pęka mu serce, gdy Tina wypowiada swój ból; na duszy leży mu zimny ciężar poczucia winy. Zostawił ją z tym samą i jeszcze dodał jej udręki od siebie. Jak miałaby do niego cokolwiek czuć, gdy on ją tylko rani?

Newt przytula przyjaciółkę do ramienia, głaszcząc ją po pięknej, smukłej szyi. Tina przywodzi mu na myśl jednorożce – jasne, czyste, nieskalane. Jak jednorożec opromienia blaskiem każdego, kto na nią spojrzy. Queenie miała rację – to prawdziwa altruistka. Newt wsuwa palce w jej włosy, a w ich kosmyki kapią jego łzy.

Choć od miesięcy fantazjowała, jak by się czuła w jego ramionach, nawet sobie nie wyobrażała, jak to jest być w jego uścisku naprawdę. I jak wielkie ukojenie – od dzieciństwa nie zaznała czegoś takiego – to przyniesie.

Gdy jej ciałem już nie wstrząsa szloch, Newt podkłada jej pod brodę palce i unosi głowę, by spojrzała mu w oczy. Jak u salamandry, myśli, pełne płonącego w duszy ognia. Ufa jej tak jak w to, że po każdej nocy wstaje dzień.

- Och, Tina, bardzo cię przepraszam! – mówi nagle, znów przyciskając ją do siebie. – Tak mi przykro, że musiałaś zmierzyć się z tym brzemieniem sama! Ale to wcale nie twoja wina, że Queenie odeszła. Zrobiłaś wszystko, co mogłaś, a to ona dokonała wyboru. Jeszcze zrozumie, że postąpiłaś z nią tak, bo ją kochasz. Odzyskamy ją, możesz być pewna.

Przerywa i nerwowo przełyka ślinę, ale w końcu zbiera się w sobie.

- Tina, nie było mnie przy tobie tak, jak się godzi – a chcę być…

- Bo cię odtrąciłam. Przepraszam cię, Newt, powinnam była mieć odwagę spytać, czy w tym magazynie napisali prawdę, należało…

- Nie, Tina, absolutnie za nic nie musisz przepraszać! – ucina. – Powinienem był wyrażać się jaśniej i mówić bardziej zrozumiale, co czuję.

Tina unosi głowę, jej oczy salamandry zwracają się w jego stronę, a w nich, jak w zwierciadle, widać te same emocje, które i on przeżywa. Miłość, uwielbienie i przerażenie. Chcąc podjąć wątek, Newt wpatruje się w te oczy z taką mocą, jakby w ich ogniu sam chciał zapłonąć.

- Nigdy bym się nie ważył zakładać, że po tym, co powiem, poczujesz się choćby odrobinę lepiej, ale… Tina, nie jesteś sama. To znaczy… jeśli nie życzysz sobie być. Masz mnie, tak długo, jak tylko zechcesz. No i… Jacoba. I moje zwierzęta. Wszystkim nam bardzo na tobie zależy – kończy nieśmiało.

Tina uśmiecha się z rozrzewnieniem. Cały ból, którym moment wcześniej musiała obdzielić przyjaciela, teraz nagle osłabł i było to tak, jakby ogłuszająca kakofonia ścichła, zastąpiona wesołymi dzwoneczkami. Mimo jego niezręczności i lęku przed odrzuceniem Tina świetnie rozumie, co Newt chce jej powiedzieć. Ujmuje go pod brodę, by na nią spojrzał, identycznie jak przed chwilą zrobił. Samym spojrzeniem próbuje uśmierzyć jego obawy – bo Newt może zrozumie, kiedy tylko zajrzy jej w oczy. W zamyśleniu przesuwa kciukiem po jego szczęce, potem nagle pyta:

- Newt, czy to, co zobaczyłeś w zwierciadle… to jest to… czego pragniesz?

Na końcu zdania znów łamie jej się głos; wpatruje się w niego z wyczekiwaniem, które jeszcze nigdy nie było tak bardzo nie do zniesienia. W jego oczach widać łzy.

- Tak, Tina – odpowiada Newt. Pociąga nosem, a łzy płyną. Tinie, która nawet nie wiedziała, kiedy wstrzymała oddech, wymyka się westchnienie ulgi. Ociera mu oczy, nie przejmując się, że łzy ciekną i jej. – Niczego tak nie pragnę, jak żyć przy tobie.

Jej twarz rozjaśnia uśmiech. Bo czy zdarzyło jej się kiedykolwiek tak się poczuć? Mogłaby teraz biegać w kółko i krzyczeć z radości! Opiera się czołem o jego czoło; z ust ucieka jej ni to śmiech, ni to szloch, ale czego był to dźwięk – nie mają pojęcia. I nagle oboje odzywają się równocześnie:

- Newt…

- Tina, mogę cię pocałować?

Wyrywa jej się okrzyk radości; nie odpowiada ani słowem, lecz powoli przytula się i przechyla głowę. Ich usta spotykają się, z wahaniem, ale bez lęku. Wrażenie jest tak silne, że uginają się pod nią kolana; jest jak odurzona, gdy oddaje pocałunek. Lgną do siebie coraz mocniej, całują się coraz pewniej.

Osiągnęłam pełnię szczęścia, myśli Tina. Nic innego się nie liczy.

W złączeniu ich ust jest jej uśmiech i smak jej łez. Newt wczoraj powiedział Tinie, że to chyba najlepszy dzień w jego życiu, gdy potraktowała Tezeusza klątwą, tymczasem minęła ledwie doba i tamtą chwilę już coś zdołało przyćmić; zastanawia się, czy każdy dzień z Tiną mógłby przynosić nowy najlepszy moment jego życia. Obejmuje ją dłońmi w talii i przyciska do siebie, jakby chcąc być jak najbliżej niej. Czy w ogóle da się być wystarczająco blisko? To pewnie niemożliwe.

Tina ze szczęścia omal nie mdleje. On chce właśnie jej! Newt pragnie z nią być, z nią chciałby żyć, z nią wiąże przyszłość. W najśmielszych marzeniach nie pomyślałaby, że ktoś wielkiego serca, taki jak on, mógłby coś takiego do niej poczuć. Przypomina sobie, co jeszcze Newt zobaczył w zwierciadle, i znów krew szybciej krąży jej w żyłach na samą myśl: czy można mieć choćby cień nadziei, że nadejdzie dzień, gdy to wszystko się wydarzy?

Newt nagle przerywa pocałunek, a Tina wraca na ziemię.

- Tina, wiem, że to nie w porządku, żeby… Żeby być szczęśliwym po tym, co się dzisiaj stało. I Tezeuszowi, i… Jacobowi też, ale… I tak cię poproszę, bo musimy się zrozumieć; chcę, żebyś mnie już zawsze rozumiała, bo nie mogę cię stracić. Już nigdy więcej… Tino Goldstein, czy uczynisz mi ten zaszczyt i pozwolisz do siebie uderzać w konkury?

Tina reaguje serdecznym śmiechem i odpowiada nonszalancko:

- Od czegoś pewnie musimy zacząć, jeśli chcemy te wszystkie piękne marzenia zrealizować.

Rumieni się skromnie i nieśmiało zagląda jej w oczy, a Tina bardziej żarliwego i kochającego spojrzenia nie umiałaby sobie nawet wyobrazić. W głębi jego oczu i tych mieniących się kolorami tęczówek mogłaby się zatopić, a mężczyzna, który nimi spogląda, wreszcie należy do niej.

Newt ponownie chwyta ją w ramiona. – Mówiłem poważnie, Tina – szepcze. – Nie będziesz już sama. Ja będę twoją rodziną, razem z Jacobem. I z Queenie, kiedy ją odzyskamy! Na pewno ją odzyskamy.

Wtulona w jego szyję Tina uśmiecha się; Newt mimowolnie zamyka oczy, a na jego twarz również wypływa uśmiech.

- A czy możemy jeszcze pewnego dnia mieć to, co nam pokazuje lustro? Naszą własną rodzinę? Newt, niczego tak nie pragnę jak tego, żeby znowu być częścią rodziny.

Newt nie otwiera przez chwilę oczu, przypominając sobie widok ich dzieci, radośnie uganiających się za niuchaczami, i spokój malujący się na twarzy Tiny. Pragnie dać jej to wszystko, dać jej cały świat; cokolwiek czego zechce.

- Oczywiście, kochana. Kiedy będziemy gotowi. Zresztą… Kiedy będziesz chciała! – zapewnia z uśmiechem, całując jej włosy. Policzki opartej o jego ramię Tiny robią się czerwone jak piwonia. Newt wzdryga się lekko, gdy dociera do niego, jakie implikacje ma to, co właśnie powiedział.

- Szkoda, że nie możemy tu tak zostać – wzdycha cicho Tina parę chwil później, a Newt odpowiada pomrukiem aprobaty. – W końcu pójdziemy tam na górę, a wojna niestety nadal będzie trwać. Strapień nam nie zabraknie.

- Owszem. Ale zmierzymy się z tym razem. O coś tak pięknego warto walczyć.

Jeszcze raz dotykają się czołami; Tina zamyka oczy i całuje go serdecznie, nim w końcu odsuwa się i mówi wesoło:

- Lepiej już chodźmy, panie Scamander. Mamy spotkanie i myślę, że jesteśmy spóźnieni.

Potem ujmuje jego dłoń i razem wychodzą z komnaty. Świat, do którego wracają, ogarnia zamęt, idą jednak z nadzieją, która jest jak jasny promień słońca. Jak zatknięcie komuś z czułością opadającego kosmyka włosów za ucho przy pożegnaniu. Idą z nadzieją, że nastanie pokój; że czeka na nich radość. I że powoli mogą zacząć dawać sobie nawzajem wszystko to, czego pragną najbardziej.

Author
Categories

Posted
Comments None

(“Limbs To Spare” – gnimmish)

Streszczenie: Ilekroć Tezeusz zostaje na noc poza domem, Leta pomieszkuje u Newta i Tiny. Jak można przewidzieć, w końcu trafia do ich łóżka.

Tego, że Leta będzie zawsze pod nieobecność Tezeusza gościć u Newta i Tiny, można było być pewnym praktycznie od pierwszego dnia, odkąd udało jej się wyrwać ze szponów Grindelwalda. Nie lubi być sama – któż mógłby mieć jej to za złe? – a nie licząc ich trojga i paru przyjaciół, nie ma bliskich. To naturalne, że najchętniej przebywa w towarzystwie tych, którzy świetnie rozumieją, przez co przeszła. Tezeusza, jak się zdaje, taki stan rzeczy satysfakcjonuje – bez wątpienia martwi się, że kiedy jego nie ma, żona zostawałaby w domu sama, co jej również na pewno by się nie podobało. Kwestia tego, czy on wie o tym, że gdy Leta nocuje u Newta i Tiny, śpi z nimi w jednym łóżku, to już jednak zupełnie inna sprawa.

- Taki mamy z Tezeuszem układ – odpowiada tylko Leta, gdy Newt próbuje pewnego razu przy śniadaniu drążyć temat, a magizoolog nie ma pewności, czy chciałby dowiedzieć się więcej. Zdecydowanie za to nie ma ochoty kiedykolwiek – nigdy w życiu! – wypytywać o to brata. Nie powiedziałby jednak, że nie podoba mu się taki stan rzeczy.

Zajęty opatrywaniem wyjątkowo nieprzyjaźnie usposobionego lelka wróżebnika, nagle przypomina sobie, że to już środek nocy – a właściwie świt coraz bliżej – więc kieruje się w stronę łóżka. W sypialni zalega ciemność, jest dość ciepło i cicho. Wkrótce po tym, jak się z Tiną wprowadzili, Newt zaczął czule nazywać ten pokój ich gniazdem – jest pod samym dachem, okrągły i nie za duży, a większość miejsca zajmuje w nim łóżko, ale czy potrzeba tam czegoś więcej? Pokój stał się ich kryjówką, a gdy jest z nimi Leta – także i jej kryjówką.

Nie włącza światła, gdy wślizguje się do środka; bezgłośnie zamyka za sobą drzwi i po omacku odnajduje drogę przez pokój, łowiąc tylko uchem, czy od strony kobiet nie dobiega jakiś odgłos. Potrafi zorientować się już po samych dźwiękach, gdzie leży Tina, a gdzie Leta – Tina oddycha powoli i głęboko, a chrapie wyłącznie wtedy, kiedy ułoży się na lewym boku, tymczasem Leta posapuje i wzdycha jak śpiące dziecko. Gdy Newt podchodzi do łóżka, w bladym księżycowym świetle, sączącym się spomiędzy zasłon, dostrzega w pościeli plątaninę ich uśpionych ciał.

Leta leży wtulona w pierś Tiny, palce wsunąwszy jej za kołnierz piżamy, a Tina obejmuje ją za ramiona. W tej właśnie pozycji musiały pozasypiać; pewnie plotkowały sobie o nim, a może rozmawiały po cichu o niuchaczach, ewentualnie o czymś, co Leta ostatnio czytała, i pogrążyły się we śnie w połowie rozmowy. Newt zresztą zwykle podobnie zapada w sen – słuchając, o czym mówią, spokojny, że obie są całe i zdrowe, a w wolnych chwilach tylko żartują, że już naprawdę wypadałoby go przystrzyc.

Rozbiera się najciszej jak potrafi, ale nie dziwi się zbytnio, że i tak budzi Tinę. Słyszy, jak żona wolno się porusza, widzi, jak mruga i z powrotem nieruchomieje, starannie pilnując, by nie zmienić pozycji za bardzo, żeby nie obudzić Lety. Newt nie raz już przypadkiem postawił na nogi jedną i drugą, czym szczególnie rozsierdził Letę, Tina jednak sztukę wstawania tak, żeby nikogo nie wybijać ze snu, doprowadziła do perfekcji.

Ściąga resztę ubrań i sięga po piżamę, którą kobiety poskładały mu w kostkę i położyły na brzegu łóżka – zgaduje, że to pewnie Leta. Na odsłoniętych plecach odczuwa teraz lekki chłód, więc cieszy się, że może zaraz wgramolić się na łóżko i schować pod kołdrę. Wsuwa się pod pościel od strony Tiny i bez namysłu układa się blisko; przytula policzek do jej karku, a ona dłonią odnajduje i ściska jego dłoń.

- Dzień dobry, Newt! – mówi Tina schrypniętym, zaspanym głosem, co i tak brzmi kusząco. Ułożony przy jej barku Newt uśmiecha się, pociąga za kołnierz piżamy i całuje nagie ramię, by usłyszeć rozkoszne westchnienie żony, które uwielbia.

- Dobranoc, kochana.

Końcami palców w powolnym rytmie głaszcze ją po ręce, aż Tina znowu usypia, po czym wyciąga dłoń do śpiącej bez ruchu Lety, by musnąć ją tak delikatnie, żeby się nie zbudziła; pragnie się tylko upewnić, że Leta rzeczywiście tam jest, bezpieczna i ciepła. Zaraz się jednak wstrzymuje, bo rytm jej oddechu przyśpiesza, a i Tina znów zaczyna się ruszać.

Żadne z nich nie śpi jak kamień – normalna rzecz w takich czasach. Leta miewa koszmary, Newt ma swoje zwierzęta do wykarmienia, Tina zaś… Tina zwyczajnie odmawia sobie niekiedy snu przez parę dni. To jedna z niewielu rzeczy, o które z energią się sprzeczali – kwestia tego, że Tina nie chce odpoczywać, kiedy należy; każda sytuacja, gdy potrafi zaniedbać własne sprawy, bo bez reszty pochłania ją praca. Dopiero w tym tygodniu Tinie zdarzyło się – co nie udało się przez chyba cały ostatni miesiąc – spokojnie przespać całą noc, głównie dlatego, że Leta jest teraz z nimi, a ona nie położy się przed Tiną, więc Amerykanka musi chodzić spać normalnie.

Gdyby nocą o takiej godzinie (czyli raczej nad ranem) którąś z nich zbudził, Leta byłaby na niego naprawdę wściekła, a Newt nie chce się narazić na jej gniew. Leży więc spokojnie i nic już nie mówi, pozwalając, by zmorzył go sen.

***

Pierwsze, co zmysły Newta rejestrują o świcie, to to, że ktoś po nim pełznie w stronę dzwoniącego budzika. Leta. To na pewno Leta, bo to ona pachnie jaśminowym balsamem do ciała, zresztą tylko ona umie tak szpetnie przeklinać. Jej słownictwo potrafi zadziwić nawet Tinę.

- A żebyś tak… szatanowi w torbę przydzwonił! – Leta ciska budzikiem z taką siłą, że ten przelatuje przez cały pokój i z trzaskiem zderza się ze ścianą. Tina wydaje z siebie cichy jęk i nurkuje pod kołdrę.

- Naprawdę musiałaś? – pyta Newt, spoglądając na nią z pościeli zamglonym wzrokiem. Leta groźnie marszczy brwi.

- A musiałeś w niedzielę nastawiać budzik na szóstą rano?

- Nasza zouwu robi się bardzo niemiła, jak się jej na czas nie nakarmi.

- Ja robię się bardzo niemiła, jak się mnie budzi o nieprzyzwoitych porach.

- Tak, zauważyłem.

Kąciki ust Lety wędrują do góry; jej zamachnięcie się, by mu przyłożyć, nie wygląda już na szczere wzburzenie. Leta nachyla się, żeby cmoknąć go w czoło.

- Dzień dobry, Newt.

- Halo, przepraszam! – Tina, nie otwierając oczu, unosi dłoń. – A mnie?

- Wybacz, kochana, strasznie nieuprzejma jestem. – Leta pełznie z powrotem, ponownie przydeptując Newta, który próbuje znieść to z godnością (bezskutecznie, bo jej kolano wbija mu się w brzuch), i cmoka w czoło również Tinę. – Dzień dobry, Tina!

- Dzień dobry.

Tina wzdycha i nieśpiesznie wyciąga do Lety ręce. Leta uśmiecha się łobuzersko i pozwala się wciągnąć pod kołdrę, blisko Newta i Tiny, a jej drobne ciało zgrabnie wpasowuje się w szparę pomiędzy ich ciałami.

Newt pamięta, że był zdumiony, jak zdało mu się zaskakująco naturalne, że gdy zbudził się rano po ich pierwszej frywolnej eskapadzie we troje (nie do końca na trzeźwo), zobaczył obok Letę – wtuloną w Tinę i w niego, ułożoną tak wygodnie, jakby zawsze tam było jej miejsce. Pamięta również, jak było błogo ją przytulać, wiedząc, że Tina czuje to samo. I jak cudownie, gdy z żoną zerknęli na siebie ukradkiem i wymienili konfidencjonalne uśmiechy, bo jedno spojrzenie na jej twarz wystarczyło mu, by być pewnym, że Tinę identycznie ta sytuacja zadziwia i raduje.

A teraz Leta, jak ma w zwyczaju, układa ich tak, jak jej najlepiej pasuje – Tinę przyciska sobie do pleców, owijając wokół swojej talii jej rękę, Newta zaś przyciąga, by obrócił się na bok, twarzą do nich. Newt odpowiednio zmienia pozycję, obejmuje jej ramiona, a dłoń układa tak, by palcami dotykać szyi Tiny.

Leta chyba najbardziej na świecie kocha, żeby ją obejmować – bardziej lubi pewnie tylko bitą śmietanę i orgazmy. Newt jest przekonany, że w ich uścisku, kiedy Tina głaszcze jej włosy, Leta pewnie zaczęłaby mruczeć, gdyby tylko potrafiła.

- To u Scamanderów naprawdę uwielbiam – rzuciła pewnego wieczoru, rozłożywszy się wygodnie na ich kolanach. – Jesteście wysocy i nawet jak się dookoła mnie parę razy owiniecie, to i tak jeszcze wolnymi rękami możecie się złapać.

***

Newt nie jest pewien, kiedy dotarło do jego świadomości, co musi nastąpić. Od początku wyglądało jednak, że to nieuniknione. Jak fala przypływu, jak skała staczająca się ze zbocza.

Przynajmniej jedno z nich – Tezeusz, Newt albo Tina – przez pierwsze tygodnie po uwolnieniu Lety eskortowało ją niemal na każdym kroku. Najczęściej Newt z Tiną, gdyż ilość pracy, jaką dla Ministerstwa Magii wykonywał Tezeusz, oznaczała, że choćby chciał, nie byłby w stanie poświęcać jeszcze czasu, by dotrzymywać Lecie kompanii w wycieczkach po Londynie. Potem Tina załatwiła sobie wyznaczenie do roli swego rodzaju ochroniarza. Ministerstwo (i Tezeusz również, naturalnie) naciskało bowiem, by Lety oficjalnie ktoś pilnował, żeby poplecznicy Grindelwalda nie spróbowali znów jej porwać. Leta, rzecz jasna, od razu odrzuciła ten pomysł i gorąco zaprotestowała.

Zaangażowanie Tiny okazało się idealnym kompromisem. Leta na pewno wolała, by to kobieta stała u jej boku, nie jakiś obcy mężczyzna, a to, że z Tiną już się znały, przeważyło szalę. W takim układzie Tina towarzyszyła wszędzie Lecie przez całe trzy miesiące, zaś Newt, który akurat poza tym, że jak zwykle opiekował się swoimi zwierzętami, nie miał za wiele do roboty, towarzyszył żonie. Przebywali we trójkę tak często, że kiedy potem Newtowi zdarzało się w któryś dzień radzić sobie ze wszystkim samemu, czuł się jak bez ręki. Albo nawet jak bez kawałka serca. A przecież dawniej tak bardzo przywykł do braku towarzystwa, że obecność innych ludzi bywała dla niego utrapieniem.

W którymś momencie stało się jasne, że w końcu wszyscy troje wylądują w łóżku.

Newt pamiętał, jak kiedyś wieczorem zobaczył Tinę i Letę razem przy stoliku w głębi baru. Wysłały go po drinki, a kiedy na niego czekały, nachyliły się ku sobie, by słyszeć się mimo gwaru rozmów. Kostki delikatnych palców Lety muskały nadgarstek Tiny, a gdy Newt wrócił do kobiet i zobaczył, że prawie dotykają się czołami, poczuł się niemal jak intruz.

Innym razem, gdy o zmierzchu spacerowali po moście Tower Bridge, Leta zatrzymała się, by podziwiać widoki. Z niezmąconym spokojem wpatrywała się w wolno płynące wody Tamizy, a Londyn w zapadającym zmroku powoli rozświetlał się blaskiem ulicznych lamp. Leta, której wtedy pewnie doskwierał już jesienny chłód, wyciągnęła rękę, żeby przysunąć do siebie Tinę, a Newt patrzył, jak się do niej przytuliła z westchnieniem godnym kogoś, kto bierze gorącą kąpiel po ciężkim dniu. Świetnie wiedział, jak Leta się czuje; bądź co bądź bliskość Tiny tak właśnie się czuło – była jak bezpieczna przystań nad wzburzonym morzem.

Kiedy indziej znów, w zatłoczonym foyer teatru, Tina objęła ramieniem Letę w talii, tak jakby w ciżbie wychodzących na antrakt z widowni chciała po prostu dać jej oparcie. Leta tymczasem zamknęła w dłoni jej nadgarstek i wyciągnęła drugą rękę do Newta. Gdy ten ujął jej dłoń, ogarnęło go nagle bardzo dziwne uczucie – bo przecież żona obejmowała jego najlepszą przyjaciółkę z lat dziecinnych i sama osłaniała ją przed napierającym tłumem, a jednak Leta sięgała do ręki Newta, pragnąc mieć przy sobie również jego. Mimo półmroku widać było jej rozszerzone źrenice.

- Obiecaj mi, że będziesz blisko przy mnie – poprosiła.

- Obiecuję – odparł. Spojrzeli wtedy z Tiną na siebie ponad głową Lety, a Newt zorientował się, że żona wszystko rozumie. Ale w końcu to Tina pierwsza serdecznie żartowała, że kiedy trzymają się z Newtem za ręce, trzeba między palcami robić miejsce, by Leta mogła wkładać dłoń między ich dłonie.

- Po to, żebyśmy cię nie zgubili – tłumaczyła zawsze kpiąco Lecie, chwytając ją za nadgarstek, by wsunąć jej palce w dłoń męża. Następnie kładła rękę na wierzch i zamykała w uścisku ich dłonie, na co Leta reagowała wybuchem śmiechu.

- Aha, i będziecie mnie za sobą holować jak jakieś zabłąkane kaczątko?

- Jak hobbita! – odpowiedział raz Newt, niedawno przeczytawszy z dużą przyjemnością powieść niejakiego pana Tolkiena. Leta w udawanym gniewie trzepnęła go za ten komentarz w ucho.

Jakoś tak się składa, że wchodzi im to w nawyk. Czy to pod blatami stolików w półmroku przytulnych barów, w teatrach, czy też w cichych bibliotekach – Newt zawsze trzyma w dłoni obie ich dłonie. Palce Tiny, tak jak lubi, splatają się z jego palcami; dłoń Lety, ciepła i bezpieczna, spoczywa w ich uścisku, zaś jej palce owijają się Newtowi wokół kciuka.

Gdy dzieje się tak już regularnie, Newt, rzecz jasna, w pełni zdaje sobie sprawę, co właściwie robi. I co robią wszyscy troje. Wygląda to bowiem jak jakiś powolny taniec, a w tańcu po jednych figurach muszą nastąpić kolejne.

- Pocałowałeś ją kiedyś? Kiedy chodziliście do szkoły? – pyta przyjaźnie Tina pewnej nocy. Leżą wtuleni w siebie, a pot chłodzi im rozgrzaną skórę; w pościeli wciąż utrzymuje się ciepło po ich nocnych zajęciach. Leta jest już tymczasem w domu, z Tezeuszem, ale Newt nie musi pytać, o kim mowa.

- Nigdy – wyznaje. – Sporo o tym myślałem, ale jakoś nie mogłem się zdobyć, żeby coś w tym kierunku przedsięwziąć. I bałem się, że mnie spoliczkuje.

- Wątpię, żeby tak zareagowała. – Na wargi Tiny wypływa uśmiech. – Albo że mogłoby ci się to nie spodobać.

Newt parska. Będąc w związku, oboje mieli już przyjemność odkryć, że są chwile w małżeńskim współżyciu, gdy czymś, co jemu potrafi sprawić wiele radości, jest na przykład dobrze wymierzony klaps.

- Tylko nie mów tego Lecie, bo jeszcze podsuniesz jej taki pomysł.

Tina wybucha śmiechem.

- A na pewno tego nie chcesz?

Newt milknie, bo czuje się nagle tak, jakby przyłapano go na gorącym uczynku. Tina unosi brwi i przypatruje mu się badawczo.

- Tina, zapewniam cię, że nigdy bym…

- Wiem… – Tina odgarnia mu włosy z czoła. – Ale wiem też, co do niej czujesz. Pewnie dlatego, że chyba ja też to czuję.

Pierwszy raz powiedzieli to na głos. Newt nerwowo przełyka ślinę.

- No ale zdaje się, że ona jest właśnie taka, jak myślę, prawda? – kontynuuje Tina, nie patrząc mu w oczy. – Jakby trudniej było się połapać, mielibyśmy twardy orzech do zgryzienia.

Magizoolog czuje, że zaschło mu w ustach.

- Ano twardy – odpowiada.

Na moment zapada cisza, po czym oboje zaczynają chichotać. Newt wtula twarz w ramię żony, która czule szczypie go w ucho.

- To paskudny żart, panie Scamander.

- Naprawdę nic niemiłego nie chciałem sugerować…

- Będziemy siali zgorszenie!

- Nie sądzę.

Gdy Newt znów unosi wzrok, w oczach Tiny dostrzega, jaka otwiera się przed nimi masa nowych możliwości.

***

A później Tinę trafia klątwa. Dokładniej: rzucona klątwa odbija się od ściany i uderza Tinę rykoszetem. Bezpośrednie trafienie skończyłoby się o wiele gorzej, ale i tak nie da się powiedzieć, że nie jest źle.

Newta zabrakło wtedy przy nich i nie mógł zobaczyć tego na własne oczy, jednak według relacji Lety słychać było okropny trzask i czuło się swąd palonego ciała; cios zmiótł Tinę z chodnika na ulicę. Upadła bezwładnie, ze zduszonym okrzykiem bólu. Od razu było widać, że ma złamaną rękę, rzucało się też oczy, że jej nogi leżą pod dziwnym kątem.

Tina niewiele z tego jest w stanie sobie przypomnieć. Pamięta za to, że Leta natychmiast skoczyła za nią; że uniosła z ziemi i oparła sobie na kolanach jej głowę. I że zerwała z siebie płaszcz, by przyłożyć go do ziejącej rany na torsie Tiny.

- Nie, nie, nie, nie! – powtarzała w kółko Leta, boleśnie ściskając jej dłoń i płaszczem tamując krew. – Nie, Tina, zostań ze mną! Tina!…

Gdy do Szpitala Świętego Munga przybywa Newt, u wezgłowia łóżka jego żony cicho popłakuje Leta; nieprzytomna Tina, blada nawet na tle pościeli, wydaje mu się maleńka.

- To przeze mnie, Newt, tak mi strasznie przykro! – Leta cała dygocze, zupełnie jak wtedy, gdy zbiegła od Grindelwalda; podobnie zareagowała po tym, jak w szkole musiała zmierzyć się z boginem, albo po tym, gdy w Paryżu wyznała, jaki los spotkał Corvusa. – Celował we mnie, Tina mnie odepchnęła…

- Nie mów tak! – Newt łapie ją za ramię; żołądek mu się ściska na widok żony – nigdy jeszcze się nie zdarzyło, żeby Tina aż tak ucierpiała. – Czy… złapali może tego, co to zrobił?…

- Już go transportują do Azkabanu. Tam go przesłuchamy – odzywa się stojący sztywno przy drzwiach Tezeusz. Leta zaś, na której sukni wciąż widać plamy krwi Tiny, siedzi przygarbiona obok Amerykanki i wygląda jak siedem nieszczęść, oczy ma zaczerwienione i napuchnięte. – Ale raczej trudno mieć jakieś wątpliwości co do tego, czyje wykonywał rozkazy.

- Powiedzcie jej, żeby nie płakała – mruczy z łóżka Tina, która najwyraźniej nie jest nieprzytomna, choć mogło się tak wydawać. – Głowa mi od tego pęka.

Leta niemal się zachłystuje, pociąga nosem, a potem wybucha histerycznym śmiechem.

- Przepraszam, najdroższa!

Już następnego dnia zabierają Tinę do domu – kości ma z powrotem całe, rany jej się zrosły, jednakże po trafieniu tak groźną klątwą nadal widać na ciągnącej się przez żebra srebrzystobiałej bliźnie resztki czaru. Tinę czeka odpowiednia kuracja – nasycone magią opatrunki i smarowanie ostro pachnącą maścią o woni mięty, aż pozostałości klątwy znikną całkowicie. Do tego czasu konieczne jest też, by pacjentka dużo wypoczywała. Jak łatwo się domyślić, Tina podchodzi do tego z właściwym sobie taktem.

- Nie jestem z porcelany! – oświadcza dobitnie, gdy Newt i Leta kładą ją do łóżka. Ma ciężki akcent, kiedy się złości, co (zdaniem Newta) brzmi czarująco. – Nie trzeba się mną tak przejmować!

- Jak widać, trzeba – ripostuje krótko Leta. – A teraz masz się nie wiercić.

Tina, której w tym momencie wyrywa się gniewny pomruk, znosi – choć niechętnie – że Leta z uporem wzrusza jej poduszki, a Newt okrywa ją warstwami koców. Jest też bowiem zmuszona pozwalać komuś, przynajmniej mężowi, zmieniać sobie opatrunki, bo nie jest w stanie poradzić sobie z tym sama. Leta skromnie odwraca wzrok, gdy Newt pomaga Tinie rozpinać piżamę, ale poza tym, jak przystało na dobrą pielęgniarkę, czuwa obok, kiedy tylko trzeba podać maść, przynieść bandaże, czy też pośpieszyć z otuchą.

- Jak to wygląda? – pyta troskliwie, nie próbując wyglądać Newtowi zza pleców.

- Na pewno już lepiej – rzuca krótko Tina.

- Nie ma śladu infekcji, czyli nie jest najgorzej – dodaje ostrożnie Newt, wmasowując maść w delikatną skórę wokół blizn. – Wybacz, ale teraz będzie trochę piekło.

Tina gwałtownie wciąga powietrze i zaciska zęby, gdy jej blizny odzywają się bólem przy dotknięciu; widoczne na nich ślady magii rozpalają się na chwilę i na powrót przygasają. Leta na ten widok najpierw nerwowo przygryza wargi, a potem bierze Tinę za rękę.

Jako że Tina – rzecz jasna – nie może się nigdzie ruszyć, Leta i Newt też siedzą w domu i dotrzymują jej towarzystwa. Kiedy zatem Tezeusz przychodzi wieczorem po Letę, zastaje ją wygodnie ułożoną na łóżku gospodarzy, między Tiną a Newtem. Tina ma na sobie piżamę i szlafrok, Newt – spodnie i podkoszulek. Leta czyta im właśnie “Baśnie barda Beedle’a”. Widząc to, Tezeusz tylko unosi brwi.

- Cieszcie się, że „Prorok Codzienny” nie ma możliwości dostać zdjęć życia domowego Newta Scamandera i jego pary… żon.

Newt robi się czerwony jak burak. Leta tylko lekceważąco macha dłonią.

- Cicho. Zabierz mnie do domu, kochanie.

- Ma się rozumieć.

Leta wybucha śmiechem i łapie go za szyję, gdy Tezeusz bierze ją na ręce i unosi, przedtem jednak woła: – Dobranoc! – i przykłada palce do ust, by zaraz musnąć dłonią policzek Tiny i nos Newta; dopiero wtedy Tezeusz wraz z nią się teleportuje.

- Twój brat dość spokojnie to przyjął – mruczy Tina, przesuwając się na miejsce, gdzie chwilę wcześniej leżała Leta, po czym przytula się do męża.

- Tak, Leta mówi, że mają taką umowę – odpowiada Newt. – Chyba nie chcę wiedzieć, co to znaczy.

- Na Mercy Lewis! Ja pewnie też wolę nie wiedzieć.

***

Kiedy Tinę znów zaczynają palić blizny, Newt akurat jest zajęty pracą, bo kelpia nabawiła się w łapie infekcji. Amerykanka przewraca się znienacka na wznak i próbuje się umościć na kołdrze. Obok niej Leta, zajęta czytaniem, momentalnie odkłada książkę.

- Dobrze się czujesz?

- Nic mi nie jest. – Tina sięga za plecy, pod piżamę, i bezskutecznie usiłuje dotknąć miejsca gdzieś w okolicy krzyżowej, gdzie pewnie jej jasną skórę przecina blizna.

- Boli cię? – Leta w mig siada prosto. – Zaraz coś poradzimy.

- Mówię ci, że nic mi nie jest…

- Tina! – Leta przeszywa ją takim spojrzeniem, że Tina – z oporami – ustępuje. Przekręca się na brzuch i macha dłonią w kierunku pleców.

- Tu, z tyłu. Piecze mnie tam.

Leta waha się tylko chwilę, po czym podwija Tinie koszulę powyżej łopatek, odsłania gładkie plecy i gwałtownie nabiera tchu na widok, który ukazuje się jej oczom. Zygzak blizny, niczym złośliwy uśmiech, ciągnie się skośnymi liniami od nerek Tiny w stronę jej żeber, skąd najwyraźniej biegnie wokół torsu i pewnie kończy się między jej piersiami – nie żeby Leta myślała o piersiach Tiny! Powierzchnia w najniższym punkcie skaleczenia, tam, gdzie jeszcze wczoraj jaśniała srebrzyście, ma teraz krwawopurpurowy odcień, a i wokół jest zaogniona. Lśniące odpryski zaleczonej klątwy odznaczają się tuż pod skórą zjadliwą zielenią.

- O rany! – wzdycha Leta i natychmiast wstaje. – Nieładnie to wygląda. Lecę po maść.

- Jasne. – Tina układa ręce pod brodą i stara się położyć wygodniej.

- Tylko tego nie drap!

- Przecież nie drapię!

- Ale już widzę, że myślisz o drapaniu.

Tina prycha gniewnie, jednak zaraz ukłucie bólu sprawia, że aż stęka i zagryza zęby. Leta szybko siada z powrotem na łóżku.

- Już dobrze, jestem.

- Pośpiesz się!

Leta gorączkowo odkręca słoiczek otrzymanej od uzdrowicieli ze szpitala maści. Na powierzchni półprzejrzystej mazi migoczą drobne iskierki, a w pokoju natychmiast rozchodzi się przyjemny, przenikliwy zapach mięty. Kiedy Leta nabiera na opuszkę palca odrobinę maści i nakłada ją w miejscu, gdzie obrażenia wydają się najbardziej dokuczliwe, Tina reaguje cichym okrzykiem już przy pierwszym dotknięciu.

- Przepraszam! – Leta wstrzymuje się na chwilę. – Za mocno?

- Nie, tylko… – syczy przez zęby Tina. – To pomoże, smaruj.

Leta marszczy brwi, ale kontynuuje delikatne wcieranie maści w plecy Tiny i koncentruje się, by równą warstwą nakładać oleisty, lekko klejący żel, począwszy od najmocniej zaczerwienionych fragmentów. Pod dotykiem jej dłoni Tina to krzywi się, to drży, ale nieprzyjemnie zielone odłamki, wciąż znaczące ślad po trafieniu klątwą, znikają w okamgnieniu. Resztki magii, wyglądające jak długa, przyćmiona iskra w głębi, pełgają nikłym blaskiem i gasną, a Tina pozwala sobie na westchnienie ulgi – całe obszary blizn, przed chwilą mocno zaczerwienione, ponownie mają jasne zabarwienie.

- Lepiej? – pyta z troską Leta, zataczając dłońmi na skórze Amerykanki coraz szersze kręgi. Ulega też pokusie, by pieszczotliwie pogładzić Tinę po kręgosłupie; by dotknąć wyćwiczonych mięśni na jej grzbiecie i poczuć ich ciepło.

- Lepiej – wzdycha Tina; można wyczuć, że się odprężyła, jej ładnie wyrzeźbione plecy nie są już spięte. – Nie przestawaj.

Leta jednak nagle nieruchomieje, słysząc nierówny oddech Tiny; obie dobrze wiedzą, jak to zabrzmiało.

- To znaczy… Chyba że…

- Tina! – Leta nabiera głęboko powietrza, starając się uspokoić i siebie, i Tinę. – Nic już nie mów.

Tina milknie; leży, nie odzywając się, i pozwala się Lecie dotykać. W zapadłej ciszy Leta nagle słyszy tylko szum krwi w uszach i gwałtowne bicie swojego serca. Bo jest w pełni świadoma, że choć cały czas respektuje pewne granice, to już od tygodni kroczy cienką linią.

Opiera nasady dłoni w krzyżach Tiny, po czym powoli przesuwa ręce w górę jej pleców. Słyszy – a raczej czuje – że Tina wydaje z siebie cichy, urywany jęk rozkoszy, i stwierdza, że nie da rady dłużej się opierać. Jej palce wędrują w dół, aż do pasa, do spodni od piżamy. I jeszcze odrobinę niżej.

Tina przewraca się na plecy tak szybko, że Leta o mało nie spada z łóżka i przez jedną straszną chwilę myśli już, że źle oceniła sytuację. Że Tina chciała zupełnie czego innego, a tymczasem Leta właśnie – o bogowie! – próbowała molestować żonę przyjaciela z dzieciństwa w jego własnym łóżku. Tina jednak niespodziewanie chwyta Letę obiema dłońmi za przód sukni, przyciąga ją do siebie i całuje.

Ciepło i delikatnie… Jest idealnie; zapach mięty aż uderza Lecie do głowy, a do tego dotyk gorących ust Tiny i uścisk jej ramion…

Dokładnie w tym momencie, rzecz jasna, do pokoju wkracza Newt, niosąc trzy kubki herbaty.

- Ach… – Patrzy na nie, mruga… – Mam was zostawić same?

Nie ma żadnej możliwości, by ukryć, co przed chwilą robiły. Leta praktycznie leży na Tinie; Tina ma koszulę od piżamy podciągniętą po same uszy, a ciepła skóra na jej brzuchu przyjemnie grzeje Lecie palce. Pełna poczucia winy, Leta siada i prostuje się. Miała zamiar poprosić Newta o pozwolenie, zanim zacznie uwodzić mu żonę. Naprawdę miała taki zamiar. Tina jednak, uśmiechając się psotnie, wyciąga do Newta dłoń.

- Nie, kochanie – odpowiada cicho – nie musisz nas zostawiać.

Newt wtedy podchodzi, siada na pościeli tuż przy Tinie i pieczołowicie ustawia kubki na stoliku obok łóżka. Zachowuje się o wiele spokojniej, niż Leta oczekiwałaby po mężczyźnie, który właśnie przyłapał żonę z przyjaciółką w swoim małżeńskim łożu, do tego w dość kompromitującej pozycji. Zwyczajnie wyciąga do Tiny ręce, łagodnym ruchem sadza ją sobie na kolanach i zgina kark, by nosem znaleźć jej włosy. Leta patrzy na nich i zupełnie nie ma pojęcia, jak wyrazić, co właśnie czuje.

- Jesteście dwiema z chyba czterech osób na tej planecie, które naprawdę dobrze mnie znają, więc… – przerywa w końcu ciszę Newt – nie spodziewacie się pewnie, że będę coś mówił.

Leta parska, ale śmiech więźnie jej w gardle. Tina jednak, rozpromieniona, bezceremonialnie obejmuje ramieniem męża i wpatruje się w nią z jego kolan. Leta krzyżuje ręce na piersi.

- Czy choć jedno z was raczyłoby… wytłumaczyć mi, co tu się wyprawia?

- Można powiedzieć, że tak sobie teoretyzowaliśmy i… – zaczyna Tina, po czym zerkają niepewnie z Newtem na siebie. – Rozmawialiśmy o tym, że… No cóż…

Dalej nie poprawia koszuli od piżamy. Widok powoduje, że dość trudno się skupić.

- My tylko… Jak by to Amerykanie powiedzieli? Przerzucaliśmy się pomysłami? – mówi nieśmiało Newt.

- Podrzucaliśmy sobie ciekawe pomysły.

Leta prycha.

- Niby jakie?

- Mówiliśmy, że…

- No wiesz, o…

Oboje zaczynają mówić w jednej chwili i w tym samym momencie milkną. Mocno się rumienią, wyglądają przesympatycznie, a Leta czuje się tak, jakby coś w niej właśnie się obudziło i z radości zaczęło nucić.

Newt chrząka cicho.

- Wiecie, że nieśmiałki… One w grupach niespokrewnionych dorosłych zamiast dobierać się w pary, czasem łączą się w trójki, albo nawet czwórki, i…

- Chcesz powiedzieć – waha się Leta – żebyśmy we troje…

- Tylko jeśli naprawdę chciałabyś…

- Tak! – odpowiada z miejsca Leta; Tina nie musi nawet kończyć zdania. – Tak… Tak!

Tę noc Leta spędza z nimi.

***

Nie trzymają się, rzecz jasna, żadnego ustalonego porządku. Są tylko oni i nieujarzmione kłębowisko ich kończyn, chaotyczne i cudownie błogie. Będąc we trójkę, mogą za to próbować rzeczy, jakich nie udałoby się zrobić osobno. Czasem na przykład Newt leży pośrodku, a Tina i Leta zajmują się nim razem – na zmianę przysuwają go do siebie, pieszczą, ściskają, obejmują…

- Och, na Merlina… – dyszy Newt; całe ciało ma śliskie od potu. Tina spogląda na Letę, a na jej ustach błąka się uśmieszek.

- Ugryź go.

- Co? – Leta nie jest pewna, czy dobrze słyszała, takie chwile jednak nie sprzyjają koncentracji na słowach.

- Ugryź go! – powtarza Tina. – O, tutaj.

- Tak! – Newt aż zaciska powieki. – Proszę, tak!

Leta uśmiecha się filuternie – bo tego, że Newt Scamander lubi, żeby go gryźć, przecież można było się domyślić – i gryzie Newta w miejsce, które wskazała Tina, tuż pod uchem; nie za mocno – tak, żeby tylko drasnąć delikatną skórę. Po drugiej stronie to samo robi Tina, a leżący między nimi Newt natychmiast szczytuje, dygocząc tak, jakby jego ciało miało zaraz się rozpaść.

Leta kładzie mu dłoń na brodzie, przyciąga do siebie i całuje. Gładzi go po wilgotnych włosach, a Newt, nieźle już zmęczony, wzdycha; jego delikatne palce suną wzdłuż jej ramienia, a na ustach wykwita mu zdumiony uśmiech. Tina tymczasem przyciska się do jego pleców i opiera mu w zagięciu szyi podbródek.

- Mówiłam ci przecież – mruczy. – Jak go ładnie ugryziesz, to zrobi wszystko, co zechcesz.

- Przyjęłam do wiadomości… – Z tymi słowy Leta tkliwie szczypie Newta w ucho, aż ten wydaje z siebie głośny jęk.

- Tylko macie nigdy mi tak nie robić poza tym pokojem!

- To co to za zabawa? – odpowiada Tina i czule całuje go w szyję, w miejsce, gdzie wciąż widać ślady jej zębów.

Leta, nim zasypia wtulona w pierś Newta, otwiera jeszcze na moment oczy, kiedy Tina układa się za nią. Leży wygodnie w ich objęciach, a widząc, jak jej tam miło i przytulnie, można by pomyśleć, że nigdy nie sypiała gdzie indziej.

Author
Categories

Posted
Comments None

(“James Potter and the Crimson Thread” – G. Norman Lippert)

Jak się okazało, nie był to jeszcze koniec tej historii.

James już od ponad roku piastował stanowisko dyrektora szkoły i to właśnie wtedy zawładnęła nim pewna myśl. Było to podobnie frapujące jak historie, które chodziły mu po głowie w dniach poprzedzających noc Zagadki Trzech Szóstek i jego nagłą utratę pamięci. Tym razem jednak – tego James był pewien – nie wchodziło w grę żadne zaangażowanie sił z innego wymiaru. Przede wszystkim bowiem zdarzyło mu się w siódmej klasie spędzić ferie z Millie Vandergriff, więc na długo zapadło mu w pamięć, jak gościł na świątecznym obiedzie i rozmawiał z jej babką, hrabiną Euniką Vandergriff, która – zadziwiająca rzecz – wciąż żyła i była w świetnej formie, przynajmniej w metaforycznym sensie. Szczerze mówiąc, James nie sądził, by hrabina kiedykolwiek zniżała się do czegoś takiego jak dbanie o formę fizyczną. Nawet gdy była jeszcze młodą kobietą, co pewnie miało miejsce w okolicy początku zeszłego stulecia.

Dokładnie zapamiętał ich rozmowę o znaczeniu Domu Blacków. Hrabina twierdziła, że to nie tylko posiadanie ziemi i tytułu. I że to coś więcej niż zwykłe nazwisko. Kolor z nazwiska Blacków coś oznaczał. Wiązał się z ochroną i kierowaniem pewną znaną ludzkości żywiołową siłą – na przykład baronowie Greene kiedyś zawiadywali siłami zazdrości i ambicji, markiz Rose zaś nadzorował gamę kapryśnych i nieobliczalnych emocji związanych z miłością. Hrabina nie chciała mu jednak powiedzieć, czym zajmował się Dom Blacków. Ewentualnie nie miała takiej możliwości.

Może sama nie wiedziała? Albo nie pamiętała…

Koncept ten chodził mu po głowie na przestrzeni lat – ot, taka sobie osobliwość; coś, co w przypływie ciekawości mógłby kiedyś zbadać, gdyby miał na to czas i ochotę.

A później dziwne sny zaczęły się na całego.

Ściśle rzecz biorąc, nie były to sny – raczej jakaś nie do końca określona nagląca potrzeba, coś jak echo wołania bliskiej osoby w opresji; jakby przypomnienie sobie o ważnym spotkaniu, które nie daje spokoju. Nawet za dnia, w gabinecie czy przy stole nauczycieli, podczas posiłków, zdarzało się, że Jamesa ogarniała nagle niesprecyzowana panika, jakby znów był uczniem. Jakby właśnie, będąc nerwowym pierwszoroczniakiem, zbudził się i zorientował, że już zaczęły się zajęcia, czy też właśnie rozpoczyna się egzamin, a on ma już tylko chwilę, żeby narzucić na siebie szaty i pognać ze zmierzwionymi włosami, nie zawiązując nawet butów, do drzwi klasy, zanim ktoś je przed nim zamknie, zaś Jamesa, spóźnionego, czekać będzie nieuchronna porażka, bo nikt już go nie wpuści.

Nie miał pojęcia, co się za tym wszystkim kryje. Wiedział jedynie, że ma to coś wspólnego z niejasnymi sugestiami hrabiny Vandergriff, że pewnego dnia James odziedziczy pradawny tytuł i że nazwisko Black ma ukryte znaczenie; sugestiami o odpowiedzialności, która wiązała się z przejęciem pieczy za coś starodawnego i fundamentalnego.

Rozwiązanie zagadki nadeszło z najmniej spodziewanej strony.

- Mógłbyś się wybrać na Grimmauld Place – westchnął któryś z dyrektorów ze swojego portretu.

James w pierwszej chwili nie zorientował się, kto przemówił. Spędzał ten późny jesienny wieczór nad książką, siedząc w gabinecie, lecz tak naprawdę czytał jedną i tę samą linijkę w kółko. Umysł miał rozkojarzony złudną acz palącą koniecznością działania, nie było zatem szans ani na sen, ani na koncentrację. Poirytowany, zerknął w stronę portretów dyrektorów i spytał:

- Kto to powiedział?

- Ja – wycedził powoli zawieszony wysoko w zakurzonym kącie portret. James zmrużył oczy i zajrzał w ciemność – nosowy głos należał do Fineasa Nigellusa, a James nie pamiętał, czy dotąd usłyszał od niego choć słowo, lecz jak sobie przypominał, przebiegły stary dyrektor odwiedzał czasem ramy swojego portretu w majątku Blacków, wbił więc wzrok w portret i rzucił:

- Dlaczego miałbym odwiedzać Grimmauld Place?

- Bo wyraźnie jesteś wzburzony, i to na tyle, że tutaj prawie żadnego pożytku z ciebie nie będzie. Znam te objawy. Udaj się tam, a nam oszczędź tych jęków i westchnień.

- Ale czemu tam? – próbował drążyć temat James. Fineas Nigellus skrzyżował jednak tylko ramiona i odchylił się do tyłu, a po jego twarzy przebiegł surowy grymas.

- Jak mi się zdaje, nie wyciągniesz z niego więcej informacji – skomentował Dumbledore, zerkając w górę z ram swojego portretu. – Spodziewam się jednak, że jego porada, choć symboliczna, może okazać się w twoim obecnym stanie pomocna.

- Wiesz coś o tym? – spytał James, spoglądając na wiszący obok portret.

- Wiem tylko, że jesteśmy zobowiązani na wszelkie sposoby służyć obejmującemu stanowisko dyrektora pomocą, kierując się tym, co wiemy z perspektywy naszych doświadczeń – rzekł enigmatycznie Dumbledore, wzruszając ramionami. – Całkiem możliwe, że perspektywa Fineasa Nigellusa jest jedyna w swoim rodzaju.

Z zasnutego pajęczynami kąta Nigellusa rozległo się wyniosłe chrząknięcie. Severus Snape na portrecie nadal udawał, że śpi, co jednak nie wyglądało przekonująco.

- Ruszajże! – prychnęła kobieta z jednego z portretów. Głos miała piskliwy, a akcent ewidentnie szkocki. – Ja tam już ani minuty dłużej patrzeć nie mogę, jak na tę przeklętą księgę zezujesz i ciągle nad tą samą stroną wzdychasz.

Odruchowo przytaknął. Nawet jeśli dawni dyrektorzy i dyrektorka nie mieli pojęcia, o czym mówią, to przydałaby się mała wycieczka, żeby ochłodzić rozgrzaną głowę. Poza tym nie zaglądał na Grimmauld Place od lat.

Wyruszył jeszcze tego samego wieczora.

Jak świetnie wiedział, nie miał możliwości teleportowania się z Hogwartu, nawet jako dyrektor – wyjąwszy czas egzaminów, gdy restrykcje tymczasowo znoszono. Włożył zatem płaszcz, nasunął nową czarną tiarę na głowę i dziarsko wymaszerował z gabinetu, pozwalając skrzypiącym drzwiom zatrzasnąć się za nim.

Pomimo braku kogoś, kto jak Argus Filch czy Pani Norris mógłby na terenach szkoły siać postrach wśród krnąbrnych uczniów, korytarze były niemal puste. Pani Norris dokonała żywota jakieś piętnaście lat wcześniej – w pięknym wieku czterdziestu dziewięciu lat, czyli, nawet jak na długowiecznego kuguchara, doczekawszy późnej starości. Pogrążony w smutku Filch przeżył ją o ponad dekadę, bo odszedł niespełna trzy lata temu. Jamesowi zapadła w pamięć zwłaszcza długa mowa pochwalna, którą wygłosił na pogrzebie Hagrid, poza tym był zdumiony, że w dniu pochówku Filcha wiejski kościół pod Hogsmeade pełen był ludzi. James zastanawiał się wtedy, jak wielu spośród obecnych to dawni uczniowie, którzy nie zdziwiliby się, gdyby krewki stary woźny wylazł z trumny i pchany siłą oślego uporu, wolnym krokiem, niczym zombie, pomaszerował z powrotem do szkoły, żeby nawet w życiu pozagrobowym nie zaprzestać gderania i pełnienia obowiązków.

Nic tak dziwacznego się nie zdarzyło. Prawdopodobnie jeszcze dziwniej jednak było mieć okazję oglądać, jak Hagrid otwarcie płacze podczas mowy pochwalnej i hałaśliwie wydmuchuje nos, a uwieczniony na wielkim portrecie nachmurzony Filch z obrzydzeniem spogląda ze swoich ram i wymownie wznosi oczy ku niebu.

Kiedy po Filchu stanowisko woźnego objął młody Edgar Edgecombe, okazało się, że trudno byłoby o lepszego następcę. Edgecombe dawno zapomniał, jaką niechęć żywił do Jamesa, kiedy był uczniem. Teraz, będąc tęgim młodym mężczyzną, stał się wręcz uosobieniem respektu dla nauczycieli – traktował ich z trwożnym szacunkiem, w ogóle za to nie krygował się przy uczniach, na których tylko zjadliwie burczał. James był w pełni świadom, że musi tego nieprzyjemnego człowieczka trzymać krótko. Z doświadczenia wiedział jednak również, że źli i mali ludzie mogą się przydać, gdy trzeba utrzymywać względny porządek, przynajmniej póki nie pozwala im się na zbyt wiele; dopóki więcej złego tylko mówią, niż faktycznie robią.

Wyszedł z zamku przez starą rotundę i natychmiast owiał go ostry, zimny wiatr od strony Zakazanego Lasu. W oknach u Hagrida paliły się światła. Jamesa kusiło, by podejść do chatki gajowego, by zapukać i wypić z ulubionym nauczycielem wieczorną szklaneczkę grogu. Nawet jednak nie próbował – odkąd już ruszył w drogę, czuł narastającą siłę, która pchała go naprzód, dalej w marsz wśród szumiących traw.

Księżyc, niczym ogromne oko w kolorze kości, świecił nad jeziorem, a pomarszczona tafla wody lśniła jego odbitym blaskiem. James wkroczył na leśną ścieżkę, przeszedł może jedną czwartą drogi do Hogsmeade, po czym teleportował się z ostrym trzaśnięciem. Gdzieś między jednym krokiem a drugim świat zmaterializował się wokół niego – pełna zaparkowanych samochodów ulica Islington, gdzie wiatr niósł śmieci i zwiędłe liście. Zwolnił, uniósł wzrok, a potem skręcił w prawo.

Numeru dwanaście przy Grimmauld Place oczywiście nie dało się zobaczyć. Domy numer trzynaście i jedenaście były blisko siebie, a że nie remontowano ich od dawna i popadały w ruinę, nikt nawet by nie wyłapał takiej luki w numeracji. Pobliska lampa uliczna nie działała i miejsce, gdzie stał James, pogrążone było w cieniu. Nad dachami niosły się odgłosy ruchu ulicznego, tą uliczką jednak nic nie jeździło.

Wyjął klucz i przywołał wejście do domu pod numerem dwunastym. Sąsiednie domy po obu stronach z łoskotem odsunęły się na boki niczym podpici bywalcy baru, robiący nowemu klientowi miejsce przy kontuarze.

Na terenie starej posiadłości nie paliła się ani jedna gazowa latarnia. Zaraz po wejściu James przyświecił sobie różdżką i drgnął, gdy światło ukazało ledwie parę stóp przed nim nad wyraz brzydką twarz i wpatrzone w niego oczy.

- Dobry wieczór paniczowi – zabrzmiał niski burkliwy głos.

- Stworek! – zachłysnął się zaskoczony James. – Skąd wiedziałeś, że przyjdę?

- Do obowiązków Stworka należy, by zawsze troskliwie doglądać pana domu – odparł wiekowy skrzat. W jego głosie pobrzmiewała irytacja. James wzniósł oczy ku niebu.

- Portret Fineasa Nigellusa ci powiedział?

Stworek skrzywił się i zmrużył oczy.

- Wiem również od niego, paniczu.

James westchnął; ściągnął tiarę i zawiesił ją na pokrytym pajęczynami stojaku przy wejściu.

- A mówił, po co mam przyjść?

- Zasugerował, że panicz zechce może odwiedzić Kryptę.

James zamrugał ze zdziwienia, patrząc na sękate kończyny starego skrzata. Przyrodzona brzydota Stworka w ciągu ostatnich dekad wręcz rozkwitła, przez co skrzat stanowił teraz spektakularny okaz groteski. Włosami z jego nosa i uszu dałoby się nakładać farbę do metalu prosto na rdzę. James uniósł wyżej różdżkę, by nie dotknąć nią patrzącego spode łba sługi.

- Nie miałem pojęcia, że na Grimmauld Place jest jakaś krypta.

- Mało które domy je mają, paniczu.

Stworek wolno pokiwał głową. Potem, cicho jak duch, odwrócił się i odmaszerował, najwyraźniej oczekując, że jego pan pójdzie za nim w głąb ciemnego domu. James podążył za skrzatem, deski podłogi skrzypiały mu pod stopami, zaś gdy zobaczył, że wywołany jego przejściem ruch powietrza powiewa całymi pokładami pajęczyn, aż się wzdrygnął.

- Kiedy tu ostatnio było sprzątane?

- Dom pański Stworek sprząta dwa razy w tygodniu – obwieścił ponurym głosem Stworek. – Od góry do dołu, od lewej do prawej.

James zerknął w bok, kiedy mijali salon, i przyjrzał się dokładniej. Wszystkie powierzchnie pokrywała gruba warstwa kurzu, którego ciężkie pokłady osiadły też na zaciągniętych aksamitnych zasłonach; zasnute kurzem było również zmatowiałe lustro nad paleniskiem. Widocznie Stworek miał własne – ciekawe i dość szczególne – poglądy na temat tego, jak wygląda sprzątanie.

Razem skierowali się ku zaciemnionej kuchni, a stamtąd wąskimi schodkami do piwnicy, gdzie ciemności nie rozpraszało nic prócz światła z różdżki Jamesa. Stare meble wychynęły z głębokiego mroku, gromadzone od dawna i nie od kompletu. Stojąca obok kuchenka z kutego żelaza była ciemna i zimna jak grób. Stworek zatrzymał się blisko tej właśnie kuchenki i nie odwracając się, rzekł:

- Klucz panicza poproszę.

James powiódł wzrokiem po przygarbionych plecach i skulonych ramionach starego skrzata.

- Ale ja… nie mam klucza.

- Krypty bez klucza nie da się otworzyć, proszę panicza.

James pomacał po kieszeniach szaty, raczej nie spodziewając się, że znajdzie tam jakiś tajemniczy klucz, ale trafił tylko na kilka knutów i stary bilet na pociąg. Pokręcił głową, po czym, sfrustrowany, westchnął.

- Nie mam żadnego klucza – powtórzył. – Będziesz musiał sam mi otworzyć.

Powoli i ociężale Stworek zwrócił najeżoną brodawkami głowę i łypnął na Jamesa wielkim, kaprawym okiem. Przez chwilę bez słowa przypatrywał mu się zagadkowo, nim rzekł:

- Nikt nie jest zdolny otworzyć Krypty bez klucza, paniczu. Stworek nie może. Pan nie może. Nikt nie może; ani na całym tym świecie, ani na innych.

Nagląca potrzeba pośpiechu znów ogarnęła Jamesa; wróciło zniecierpliwienie. Gdzie miałby znaleźć jakiś tajemniczy klucz? Dlaczego Fineas Nigellus wysłał go w tę podróż, nie mówiąc, co będzie konieczne? Otwierał już usta, by zażądać od Stworka odpowiedzi – odpowiedzi, której pewnie nigdy by nie otrzymał – kiedy od strony klatki schodowej za jego plecami wionęło zatęchłym powietrzem i dało się słyszeć najpierw stłumione odległością głuche trzaśnięcie, a po nim czyjeś szybko zbliżające się kroki.

James z miejsca się obrócił i przezornie wycelował różdżkę w stronę schodów, gdzie dudniły już kroki intruza, by sobie przyświecić i ostrzec o swojej obecności. Wchodzący zatrzymał się na przedostatnim schodku, również świecąc sobie trzymaną na wysokości twarzy różdżką. – O! – powiedział. – Cześć, synku.

James, uspokojony, opuścił różdżkę.

- Tato! Co ty tu robisz?

Harry Potter pokonał ostatnie stopnie schodów i dołączył do syna. Byli równego wzrostu, choć ojciec zdawał się odrobinę szerszy w barach. Jego okulary zalśniły odbitym światłem różdżek; szczery uśmiech rozjaśnił mu twarz, na której teraz prawie nie było znać wieku, jeśli nie zwracało się uwagi na drobne zmarszczki.

- Jak się zdaje, nadszedł już czas – odparł, wzruszając ramionami. – Wiedziałem, że kiedyś to nastąpi, nie spodziewałem się tylko, że aż tak szybko. Będziesz miał nowe obowiązki.

- Jakie znowu obowiązki? – wypalił James, nie mogąc powstrzymać zniecierpliwienia. – Czuję się tak, jakby od kilku dni latał mi po głowie wyjec; chociaż nie używa słów, to i tak mnie pogania. O co tu chodzi?

Harry współczującym gestem położył mu dłoń na ramieniu i lekko ścisnął.

- Rozumiem, jak musiało cię to zdenerwować. Wyobraź sobie tylko, jak ja się czułem! Kiedy mnie zaczęło w ten sposób przyzywać, Syriusz już nie żył i nie mógł mi pomóc tak, jak ja pomogę tobie. Sam musiałem znaleźć klucz. Myślałem, że zwariuję, a Stworek był mniej więcej tak pomocny jak miotła zrobiona z waty cukrowej.

Stworek odwrócił się, a choć od samego jego ponurego spojrzenia mleko mogłoby się chyba skwasić, komentarz Harry’ego przyjął z jakąś złośliwą satysfakcją.

- Ale… Jaki klucz? – wyrwało się Jamesowi, którego zaczynało to już irytować.

Harry wydobył z kieszeni szaty całkiem zwyczajnie wyglądający klucz – wykonany z ciemnego metalu, mierzący może sześć cali, z okrągłym uchwytem i zdobieniami, o długim trzonku i skomplikowanym kształcie języczka. Klucz prezentowałby się odrobinę lepiej, gdyby nie wiekowe zmatowienia i plamki rdzy, odznaczające się na powierzchni ciemniejszymi wykwitami.

- Znalazłem go w żelaznej kasetce schowanej za cegłami komina nad głównym paleniskiem. – Harry obrócił głowę w stronę syna. – To pewnie była już przynajmniej setna kryjówka, którą sprawdziłem. Gdyby nie podpowiedź w starych zapiskach Syriusza, prawdopodobnie przekopywałbym całe to miejsce jeszcze dzisiaj. Kiedy nadchodzi wezwanie, nie sposób mu się przeciwstawić. Spodziewam się, że już to wiesz.

James wziął od Harry’ego klucz i zważył go w dłoni – mimo matowego nalotu i rdzy można było podejrzewać, nawet sugerując się samą wagą metalu, że wykonano go misternie i z wielką dbałością. Zmrużył oczy i spojrzał na ojca.

- Kiedy cię wiele lat temu o to spytałem, zachowałeś się, jakbyś nic nie wiedział.

- A ty zrobisz to samo, kiedy tylko ktoś będzie wypytywał – odparł spokojnie Harry. – Ale nikt nie zapyta. Nawet Merlin o tej tajemnicy nie wie, chociaż pewnie ma jakieś podejrzenia. Do dzieła!

Skinął głową, patrząc na cierpliwie czekającego na polecenia Stworka. James obrócił się do skrzata i z wahaniem wyciągnął klucz w jego stronę.

Pieczołowicie, z czcią niemalże, Stworek podniósł nieproporcjonalnie wielką, otwartą dłoń, by James mógł na niej położyć klucz, następnie powoli zamknął palce na metalu i znów odwrócił się tyłem.

- Zdaje się – powiedział cicho Harry, gdy Stworek zdążał w kierunku pustej ściany za kuchenką – że zanim jeszcze w tym pomieszczeniu urządzono salonik bądź kuchnię dla służby, czyli wtedy, gdy Slade Willibrord Black dopiero kupił dom, powstał tu przedpokój supertajnej ukrytej komnaty, o której istnieniu dawno już zapomniano. Przyjrzyj się dokładnie, jak Stworek ją otwiera. Nie zawsze będzie na podorędziu, żeby ci pomóc.

James patrzył jak urzeczony, jak stary skrzat unosi i trzyma klucz jakieś czterdzieści centymetrów od cegieł ściany, a potem po kawałeczku go przesuwa, jakby szukał jakiegoś ukrytego w pustej przestrzeni punktu. Nagle, niespodziewanie, rozległ się dźwięk uderzenia metalem o metal. Stworek pchnął trzonek naprzód zdecydowanym ruchem, niby wsuwając go w niewidzialną dziurkę. Zgrzytnęło, gdy klucz trafił na miejsce, a skrzat przekręcił go zgodnie z kierunkiem wskazówek zegara.

Klucz rozjarzył się purpurowym światłem, a wtedy ukazała się roziskrzona jego blaskiem niewidoczna wcześniej dziurka i zarys metalowego okrągłego szyldu zamka, czarnego jak onyks, o bogatych zdobieniach, których linie układały się w ozdobną staroangielską literę B. Coraz szerszy fragment rozświetlał się na purpurowo; rozchodzący się na boki, w górę i w dół poblask ukazał misternej konstrukcji okrągłe wrota z tego samego ciemnego metalu, nabijane nitami i najeżone śrubami, ozdobione girlandami kutych w metalu ornamentów, wykonanych precyzyjnie i z dbałością o każdy detal. Gdy już było je widać w całości, drzwi znieruchomiały niczym ustawiony na boku trzymetrowej średnicy tort z warstw ze smoliście czarnego żelaza, skręconych ze sobą i połączonych pierścieniami – masywne jak głaz, okazałe jak kościelna wieża. Klucz pozostał na miejscu, na środku, wsunięty w dziurkę zamka.

Stworek przygarbił się i ustąpił kilka kroków w tył, wycofując się do kąta. James osłupiał. Zaglądał do piwnicy już dziesiątki, a może i setki razy. Nigdy by nie przypuszczał, że akurat to miejsce mogłoby mieć jakieś szczególne znaczenie. Oderwał wzrok od wrót krypty i spytał:

- Byłeś w środku?

- Parę razy – odrzekł wymijająco Harry. – Właściwie trzy. Raz – w obowiązkach, jakich to zajęcie wymaga. I dwa razy… żeby po prostu zajrzeć, tak jak ty teraz.

James zerknął na ojca. I postąpił krok naprzód, bo Harry spojrzał tylko i zapraszająco skinął ręką. Miał przed sobą po prawej stronie solidną metalową klamkę o łukowatej formie, pasującą do stylizacji drzwi. Z wahaniem wyciągnął rękę i dotknął klamki – choć spodziewał się, że metal będzie w dotyku zimny, poczuł przyjemne ciepło, jakby materiał rozgrzało letnie słońce. Powierzchnia wibrowała lekko, niczym podłączona do ukrytego daleko źródła zasilania, a drżenie czuło się aż do łokcia. James nerwowo przełknął ślinę, po czym ostrożnie pociągnął za uchwyt.

Mechanizm odblokował się już po przekręceniu klucza, drzwi odemknęły się więc i powoli obróciły na dobrze naoliwionych zawiasach. Pierwsze szarpnięcie w zupełności wystarczyło, by wrota, pchane przemożną siłą bezwładu, ciężko zatoczyły łuk, odsłaniając ukrytą za nimi mroczną jak gdyby celę. Ściany, podłoga i sufit były tam jedną gładką kamienną powierzchnią, jakby wyciosano je z pojedynczego gigantycznego bloku granitu. We wnętrzu celi zalegała ciemność i było całkowicie pusto, jeśli nie liczyć pojedynczego obiektu na środku pomieszczenia: czegoś w rodzaju cokołu z tego samego co drzwi ciemnego metalu z wyrytymi ornamentami, umocowanego do podłogi śrubami o łbach wielkich jak pięść. Szeroki trzon postumentu uformowano w barokowe zawijasy. Nad podstawą jego korpus lekko się zwężał, jak pień drzewa ponad korzeniami, za to nieco rozszerzał u szczytu, niczym cokół pomnika, w płaską powierzchnię, gdzie leżał samotnie jakiś przedmiot oblany zagadkowym złotym blaskiem.

James postąpił naprzód i wkroczył do środka. Wewnątrz było chłodno jak w jaskini, bynajmniej jednak nie czuło się żadnej stęchlizny. Powietrze, zadziwiająco świeże, pachniało jak kwitnące nocą kwiaty nad strumieniem. Przedmiotem na piedestale okazała się niewielka otwarta książka, oprawiona w skórę, a w  jasnym blasku jej puste strony wyglądały tak, jakby należało dopiero wypełnić je treścią. Harry, który również nie mógł oderwać wzroku od tego zadziwiającego woluminu, przysunął się do syna.

- Merlin miał podobną książkę! – powiedział półgłosem James. – Lata temu. Widziałem, jak czytał ją wtedy na statku Hagrida. I jeszcze po nocy Zagadki Trzech Szóstek, rano.

- W posiadaniu Merlina jest kopia kopii jednej z kopii – odrzekł Harry, a głos miał dziwnie ściszony i tęskny. Krypta wręcz prosiła się o podniosły ton, choć nie odbierało się tego jako przymus, a raczej jakieś samoistnie nasuwające się poczucie obcowania z sekretem przyprawiającym wręcz o zawrót głowy. James uświadomił sobie nagle, że musi powstrzymywać emocje, i to nie dlatego, żeby były niestosowne. Inaczej mógłby zanieść się głośnym śmiechem z niewytłumaczalnej radości bądź wybuchnąć niepohamowanym płaczem, ewentualnie sięgnąć po różdżkę i rozglądnąć się za łotrem, którego mógłby dopaść, czy też potworem, którego należy zabić. W obecności Księgi każdy afekt urastał do swej najczystszej, oszałamiającej i chwytającej za serce postaci.

- Ta Księga to ideał, do którego dążą wszystkie książki – ciągnął dalej cichym głosem Harry. – Trochę minęło, nim zrozumiałem, w czym rzecz, ale i teraz ledwie pojmuję temat. Powiedziałbym, że tyle się w tym mogę połapać, co dziecko w kwantowej technomancji.

James oderwał wzrok od kremowozłotych stronic, które jakby zastygły w oczekiwaniu. Odwrócił się ku ojcu, bo bardzo chciał zrozumieć. Musiał zrozumieć. Harry pochwycił jego spojrzenie.

- Każdy magiczny tytuł to dozór nad pewnym elementem człowieczeństwa, a z każdym z nich wiąże się kolor, jak sam już wiesz. Greene i jego zieleń to ambicja, kolor różowy to miłość, niebieski to intelekt. Tymczasem czerń z nazwiska Blacków… To jest coś, co różni się od wszystkich innych barw.

- Bo czerń ma w sobie każdy z kolorów – przypomniał sobie James. – Wszystkie odcienie w jednym.

Harry uśmiechnął się.

- Prawda. Na tyle, na ile nasze umysły są w stanie to pojąć. Czerń to połączenie wszystkich pozostałych aspektów człowieczeństwa, ich kombinacja; mieszanka. To amalgamat miłości i nienawiści, tchórzostwa i odwagi, zazdrości i rozwagi, zemsty i odkupienia. Układa razem pozostałe kolory i czyni z nich spójną całość, coś więcej niż tylko sumę części. Pod kuratelą Blacków, James, jest żywioł Historii. Straż nad Historią.

James zamrugał, patrząc na ojca, bo nie był pewien, czy się nie przesłyszał. Harry znów pokiwał głową.

- Wydaje nam się, że historie to tylko litery na papierze. Albo puste słowa rzucone w powietrze. Ale w multiwersum, gdzie możliwości jest cała nieskończoność, nie istnieje coś takiego jak fikcja, technicznie rzecz biorąc. Gdzieś daleko, w bezkresach innych wymiarów, każda piękna historia jest prawdziwa. Nawet nasze życie może w jakimś innym wszechświecie być tematem popularnej opowieści.

James również nieśmiało się uśmiechnął.

- A… jak jest z tą Księgą?

Harry ponownie skupił wzrok na kartach.

- To prawdziwa historia w ostatecznej wersji. Twoja, moja – wszystkich żyjących w każdym wariancie naszego świata, a wątki ich kolei losu łączą się w niej w jedną wspaniałą opowieść. To nie tak, jak z Gobelinem w Krypcie Przeznaczenia, bo on jest tylko zapisem tego, co się dzieje. Ta Księga to przyszła historia; to, co ma nadejść. I nadzieja, że na tę historię warto czekać.

James znów zmierzył wzrokiem niepozorną książkę. Racjonalna część umysłu uznawała taki pomysł za niedorzeczny pod każdym względem. Jak wszystkie piękne historie miałyby być prawdziwe? I jak miałaby je pomieścić jedna książeczka? Gdzieś na dnie pojmowania jednak, mając w pamięci, że kiedyś przywołał ukryte moce ukochanej, by ocalić jej życie, żeby mogła jeszcze mieć możliwość odkupienia duszy – rozumiał absolutnie wszystko.

- Czyli fikcją są tak naprawdę tylko… – zaczął, próbując ubrać ten pomysł w słowa – brzydota, bezsensowne tragedie, porażki bez rozwiązania. To kłamstwa, które do dziejów świata dopisuje nienawiść. Ale nienawiść jest jak zwykły wandal, a smutek tylko maluje graffiti na murach chwały. Jak będziemy starannie wykonywać obowiązki, to dzieła nienawiści kiedyś zostaną usunięte, a wszelkie niedokończone detale uzupełnione. Oderwane wątki utworzą całość, żale i rozczarowania zostaną wynagrodzone i złączą się wszystkie w jedno fenomenalne zakończenie z odkupieniem każdej winy i wymazaniem każdej poniesionej straty. Zakończenie, które łączy w sobie wszelkie radości.

Harry przytaknął.

- Naszym zadaniem jest po prostu pilnować, by Księga pozostawała otwarta. I zawsze przyjmować, że w tragicznych rozdziałach nie napisano jeszcze ostatniego słowa. Pozwalać wszystkim historiom ciągnąć się powoli dalej, aż dojdą do wspólnego, idealnego zakończenia, którego nikt nie jest w stanie ogarnąć wyobraźnią. Jak długo ta Księga pozostaje otwarta, tak długo… można powiedzieć, że bajka jeszcze nie dobiegła końca.

James poczuł przemożną chęć, by dotknąć Księgi; gdy przyjrzał się jej bliżej, uzmysłowił sobie, że jej strony wcale nie są puste. Dawało się na nich dostrzec słowa, które formowały się tam i płynęły, przelatywały po papierze niczym anielskie skrzydła, ledwie tylko widoczne. Pragnął nachylić się i spróbować je z bliska odczytać, ale nie miał śmiałości.

- To jest coś, co nas obu całkowicie przerasta!

- A mimo tego – uśmiechnął się niewesoło Harry – ludzie gorsi od ciebie też bywali obarczeni tym brzemieniem, chociaż w sercach nosili małostkowość i dumę. Ze służbą historii wiążą się za to pewne plusy. Zawsze zdarza się przy tym troszkę odkrywania czegoś przez przypadek, krztyna więcej niż u innych szczęścia, odrobinę więcej szczęśliwego trafu, który zawsze jakoś akurat nam wychodzi na korzyść, przynajmniej na dłuższą metę. Spotykałem się z tym przez całe życie, nawet jeszcze zanim dowiedziałem się o tej Księdze. Sądzę, że i ty też.

James przytaknął. Westchnął w zamyśleniu, nie odrywając wzroku od nie do końca pustych stron, i spytał:

- Opowiesz mi o tym, jak było, kiedy odwiedzałeś Kryptę poprzednio?

Harry natychmiast przestał się uśmiechać.

- Przyszedłem tu wtedy, gdy zmarł dziadek. Czułem się kiepsko. Musiałem się przekonać, że wciąż można mieć nadzieję. I że można czekać na taką przyszłość, kiedy nawet śmierć przestanie mieć sens.

James zerknął na ojca.

- A za trzecim razem?

Harry spojrzał synowi w oczy, a minę miał bardzo poważną.

- Wtedy Księga mnie wezwała. Tak jak dzisiaj wezwała ciebie, a mnie kazała się przyłączyć. Pod koniec twojej siódmej klasy. Jak pamiętasz, to były ciężkie czasy. Ludzie się bali i mieli wizje zagłady. Nikt nie miał pojęcia, że były to tylko wizje, wierzyli raczej, że nadchodzi kres. Księga przywołała mnie w noc Zagadki Trzech Szóstek. Kiedy już przybyłem i otworzyłem Kryptę, okazało się, że Księga jest zamknięta.

Na samą myśl James omal nie krzyknął.

- Ale jak to możliwe? – wyszeptał.

Harry wolno pokręcił głową.

- Ani nie wiem, jak to się stało, ani nie wiem czemu. Do Krypty nikt przecież nie zaglądał. Może Historia zamknęła się sama, wyłącznie dlatego, że dla świata praktycznie nie było już nadziei. A może zadziałały tu jakieś niewytłumaczalne złe siły i ich mroczne fascynacje spowodowały zamknięcie Księgi. W każdym razie Księga zawezwała swojego strażnika, czyli mnie. A gdy się zjawiłem, przekonałem się, że jednak nie jest całkiem zamknięta – uśmiechnął się blado. – Między kartki wsunięta była zakładka.

Z kieszeni, z której wcześniej wyciągnął klucz, wyjął coś jeszcze i delikatnie podał Jamesowi. Kolekcjonerską kartę sprzedawaną z czekoladowymi żabami, wytartą i z pozaginanymi rogami, której wygnieciony karton zdążył już zmięknąć ze starości. Miejsce na portret na awersie było puste, jednak hasło z karty nadal dawało się odczytać.

James przeczytał. Potem wytrzeszczył oczy i przeczytał ponownie. I potrząsnął głową, patrząc bezradnie na ojca.

- To… moje nazwisko! – wykrztusił ze zdziwieniem i odrobiną niepokoju. – James Syriusz Potter…

Odwrócił kartę i spojrzał na akapit wydrukowanego białą czcionką na ciemnoniebieskim tle tekstu. Pierwsze linijki brzmiały:

JAMES SYRIUSZ POTTER,
Dyrektor Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie, dwukrotnie odznaczony Orderem Merlina Pierwszej Klasy.
Syn człowieka-legendy, który jest sam w sobie legendą.
Zasłynął pościgiem i rozprawieniem się z niebezpieczną szajką spiskowców znaną jako…

Harry zakrył kartę dłonią i z uśmiechem wyjął mu ją z ręki.

- Zdaje się, że to przyszłość – orzekł kpiąco, spoglądając na Jamesa znad okularów. – Nikt nie powinien za dużo wiedzieć o własnej. Pojęcia nie mam, jak to trafiło do Historii i zostało zakładką. Najwyraźniej, tak jak ta Księga, twoja historia bynajmniej jeszcze się nie skończyła. I wcale się nie kończy. Dziś rozpoczął się nowy rozdział. Od teraz ty jesteś odpowiedzialny za klucz, jak również za Kryptę i złożoną w niej Księgę.

James przytaknął, choć w głowie miał zupełny mętlik. Co miałaby ta karta z czekoladowych żab oznaczać? Jak mogła trafić do Księgi, żeby zaznaczyć ostatnio czytane miejsce? I z jakiej tajemniczej i dalekiej przyszłości pochodziła?

Podążył za ojcem w prozaiczne do bólu ciemności piwnicy. Spełnił swój nowy obowiązek i zamknąwszy pieczołowicie wrota Krypty, przekręcił klucz, na powrót zatrzaskując skryty wewnątrz niezwykły talizman nadziei. Drzwi zalśniły purpurą, po czym znów stały się niewidoczne. James wyciągnął klucz z niewidzialnej dziurki i schował go, potem dla pewności poklepał się jeszcze po kieszeni, z satysfakcją odnotowując obecność niewielkiego ciężaru o wielkiej wadze.

Od tego dnia nosił zawsze klucz ze sobą. Ojciec zatrzymał sobie kartę z czekoladowych żab.

Gdy w kolejnych latach bywało tak, że Jamesa gnębił smutek – a zdarzało się, że były ku temu powody – wracał myślami do Krypty i dumał nad Historią, zaś czasem – bardzo rzadko – również zaglądał do środka. Sumiennie wykonywał powierzone mu obowiązki, a to, co ważne, powtarzał sobie w pamięci.

Autor nie zakończył jeszcze pracy. Czas żalu wypełnia jedynie rozdziały, a nie stanowi całej fabuły. Rozpacz i strata tak naprawdę są fikcją i nie będą trwały wiecznie. A choć szczęśliwego zakończenia opowieści nie ma jeszcze na papierze, to pewnego dnia, kiedyś… będzie.

Author
Categories

← Older Newer →