Posted
Comments None

(“Of Nifflers and Nargles” – LoonWhisperer)

Streszczenie: Zawsze zakładaliśmy, że Luna spotkała Newta po tym, jak już poznała Rolfa. A jeśli było odwrotnie?

Gdy tylko Newt dowiaduje się o tym hipogryfie, natychmiast wyprawia się do Hogwartu, by porozmawiać z Dumbledore’em. Tina przypomina mu, że nie jest już młody i nie powinien się forsować, ale puszcza jej uwagi mimo uszu. Wsiada do pociągu – faktycznie, gdy sadowi się w przedziale, słyszy trzeszczenie w stawach – i otwiera “Proroka Codziennego”. Artykuł na pierwszej stronie, rzecz jasna, traktuje o Blacku, tym zbiegłym więźniu. Jako że sam był kiedyś zbiegiem, zaczyna się zastanawiać… No ale wtedy winnym był Grindelwald, a ten człowiek najprawdopodobniej rzeczywiście jest przestępcą.

Na stacji w Hogsmeade przesiada się do powozu, który zabiera go na szkolne błonia. Choć upłynęło już tyle lat, za każdym razem na widok szkoły krew szybciej krąży mu w żyłach, tylko… Właściwie co on tu robi? Jest już starcem; to nie miejsce dla niego. Nie ma sposobu, by ocalić tego hipogryfa. Tak samo jak nie potrafił ocalić Aminy. Nie uratował Credence’a i w ogóle nikogo…

Nie! Już wie, co się dzieje. Dementorzy! Z bijącym sercem sięga po różdżkę.

Nikomu nie dał rady pomóc, przez niego Tina o mało nie zginęła, Pickett został bez opieki…

Nie! Zamyka oczy i wyobraża sobie Tinę, taką, jaka była bardzo dawno temu – w śnieżnobiałej sukni, promieniejącą radością; widzi jej ciemne włosy i błyszczące oczy pod delikatnym jak mgiełka welonem. Przypomina sobie, jak się wtedy do niego uśmiechała…

Expecto patronum!

Z różdżki wystrzeliwuje gromoptak, przygaszony w słabym świetle popołudnia – ależ wcześnie teraz zachodzi słońce! – i krąży wokół powozu, a cienie, których nadejścia Newt wcześniej nie dostrzegł, rozpraszają się. Zdyszany, siada – Tina ma rację, nie jest już młodzieniaszkiem, kiedyś tak by go to nie wyczerpało. Powóz zatrzymuje się nagle. I co teraz? Newt rozgląda się, zauważa w gęstniejącym mroku postać w szpiczastym kapeluszu i otwiera drzwi.

– Kim jesteś? Wdarłeś się na teren Hogwartu! Pokaż się!

– Minerwo, to tylko ja. Newt.

– Och… – Minerwa wzdycha z ulgą. – Newton. Ty to zawsze umiałeś zrobić wielkie wejście – mówi wesoło. – Chodź. Profesor Dumbledore czeka na ciebie. Pewnie pamiętasz, gdzie jest jego gabinet.

– Oczywiście – odpowiada, uśmiechając się krzywo. – Wybacz, Minerwo, jeśli cię przestraszyłem.

Kobieta kręci głową i oddala się. Powóz toczy się dalej, aż w końcu dowozi magizoologa do wrót zamku. Newt unosi głowę i ogląda misterne rzeźbienia – wyryte w metalu skrzydła i pazury zwierząt, miecze i różdżki, czarodziejów i latające stworzenia, bitwy i mecze quidditcha, a w rogach heraldyczne bestie, po jednej dla każdego z domów. Uśmiecha się na widok borsuka z prawej u dołu, po czym wślizguje się przez furtę do środka. Na widok uczniów w ciemnych szatach, śpieszących znajomymi korytarzami, na jego twarz ponownie wypływa uśmiech. Nie widzi nigdzie Rolfa – najmłodszego z wnuków, jedynego, który jeszcze uczęszcza do szkoły – ale pewnie po rozmowie z Dumbledore’em znajdzie się chwila na spotkanie z siódmą klasą… Zamyślony, niestarannie uczesanego mężczyznę w połatanej brązowej szacie dostrzega dopiero wtedy, kiedy na niego wpada. Kałamarze, pióra, rolki pergaminu i książki rozsypują się po podłodze.

– Bardzo przepraszam! – mówi i obaj machają różdżkami, a atrament wraca do naprawionych kałamarzy, zaś cały bałagan zgrabnie wskakuje do rąk nieznajomego. Newt zerka na jego twarz i z wrażenia aż gwałtownie wciąga powietrze. Widoczne blizny, ziemista cera… Przecież, jak rano widział w kalendarzu, pełnia niedaleko, więc może to oznaczać tylko jedno. Nie zastanawia się nad tym długo – w końcu Dumbledore, który zawsze gotów był stawać w obronie słabszych, nie zawahałby się dać temu mężczyźnie pracy. Tym bardziej, że innej pewnie by nie dostał, a wszystko to przez… Newta. I przez jego dzieło – Rejestr Wilkołaków. Jakoś tak wyszło, że nawet w wieku pięćdziesięciu lat Newt wciąż był młody duchem i na tyle naiwny, by bagatelizować to, jak człowiek potrafi być okrutny. Mógł przewidzieć, że Rejestr, który przez ewidencję wilkołaków miał ułatwić pomaganie im, zostanie wykorzystany do dyskryminacji i prześladowania. Przez całe dekady starał się potem – bezskutecznie – sprawić, by przepisy Rejestru zniesiono.

– Przepraszam… – powtarza, tym razem cicho. Mężczyzna przez chwilę mierzy go zdumionym spojrzeniem i nim w końcu bez słowa rusza w swoją stronę, przez moment sprawia wrażenie, że chce coś powiedzieć.

Newt samotnie przemierza korytarze. Może gdzieś w pobliżu znów krążą dementorzy? – zastanawia się, kiedy nie może pozbyć się myśli, ile już ludzie przez niego musieli wycierpieć, choć zawsze starał się nie czynić zła. Daremny trud…

– Proszę pana! Przepraszam, czy to nieśmiałek?

Obraca się. Stworzonko przed nim zdaje się lśnić własnym światłem, a oczy ma błękitne jak lunaballa; zwiewna postać przywodzi na myśl elfa. Ma najwyżej dwanaście lat. Newt uśmiecha się i delikatnie wyciąga zieloną istotkę z butonierki.

– W rzeczy samej! Chcesz go potrzymać?

Dziewczynka jest wprost wniebowzięta; ochoczo kiwa głową. Wyciąga ręce, Newt ostrożnie podaje jej Korka, a wtedy buzię małej rozjaśnia uśmiech. Gdy nieśmiałek wchodzi jej na grzbiet dłoni, z wprawą podsuwa mu drugą, żeby mógł przejść.

– Mówi, że ma na imię Korek. Ślicznie!

Newt aż wytrzeszcza oczy. Jak to możliwe?

– Właściwie powinnam była najpierw się przedstawić. Jestem Luna Lovegood! Z Ottery St. Catchpole. Słyszał pan, że hodujemy śliwki sterowcowe? Aha, niektórzy nazywają mnie Pomyluną… – I wyciąga do niego rączkę, zręcznie balansując drugą dłonią, na której stoi nieśmiałek.

Jego samego, jak sobie przypomina, też różnie już kiedyś przezywano, więc od razu ogarnia go współczucie dla tej jasnowłosej kruszynki. Wyciąga rękę i ściska jej dłoń.

– Newt Scamander. Miło mi poznać.

Dziewczynka ze zdumienia otwiera szeroko buzię, po czym momentalnie się rozpromienia.

– Newt Scamander! Pan przecież… Pan napisał “Fantastyczne Zwierzęta”! I tyle krajów pan objechał? – Podskakuje z radości, a zanim Newtowi udaje się w ogóle odezwać, ciągnie dalej: – To musiało być cudownie te wszystkie stworzenia spotkać! Odkrył pan potem jeszcze jakieś? Pewnie nie trafił pan na chrapaka krętorogiego? Tato mówi, że nikt ich dotąd nie odnalazł, ale ja kiedyś je znajdę! Będę podróżować po całym świecie jak pan!

– Naprawdę? – pyta, a jej entuzjazm zaczyna mu się udzielać. – Chciałabyś zostać magizoologiem?

– Pewnie, że chciałabym! Byłoby świetnie!

– No cóż, panno Lovegood… – mówi pogodnie Newt. – Jestem umówiony z profesorem Dumbledore’em, więc niestety muszę już iść, ale jeśli chciałabyś do mnie napisać, będzie mi bardzo miło.

– No jasne!

Wyciąga kawałek pergaminu, zapisuje adres “Newt Scamander, Wrzosowisko 12, Puddletown, Dorchester” i wręcza dziewczynce, a ta uśmiecha się szeroko, dziękuje, łagodnym ruchem podaje mu nieśmiałka i zmyka do swoich zajęć.

Dwa tygodnie później Newt otrzymuje list podpisany “Luna Lovegood, Wieża Ravenclawu, Szkoła Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie”. Luna pisze o narglach i szkolnych zajęciach, o opanowanych już czarach, a Newt z różnych drobnych szczegółów wnioskuje, że dziewczynka jest trochę samotna – inne dzieci uważają ją za dziwną. Jego serce rwie się do niej, bo dobrze wie, jak to jest. Relacjonuje jej swoje podróże i opowiada o życiu u boku Tiny – o tym, jaka potrafi być gwałtowna, a jaka zwykle jest łagodna; nawet o tym, jak to się stało, że nazwała ich kuguchara Łamignatem. Luna marzy, że kiedyś też trafi na kogoś tak cudownego, a Newt zapewnia ją, że tak będzie. Gdy Luna napomyka, że trzy lata temu zmarła jej mama, Newt czuje się przybity – prosi Tinę, która w dzieciństwie straciła rodziców, by napisała do dziewczynki, a Tina oczywiście pisze.

Ogarnia go radość, kiedy w czerwcu Luna informuje go, że Hardodziob wrócił na wolność, jednakże jest zasmucony, gdy dowiaduje się, co spotkało młodego człowieka, któremu kiedyś wytrącił z rąk kałamarze. Postanawia do niego również wysłać list; ma nadzieję, że sowa odnajdzie człowieka bez adresu, kiedy napisze się tylko “Remus John Lupin”. Okazuje się, że tak.

Gdy Luna chwali się, jakich ma przyjaciół, z początku ogarnia go niepokój, szczególnie gdy czyta o jej słabości do rudowłosej koleżanki – dobrze pamięta, że miłość i przywiązanie potrafią człowieka zaślepić i uczynić podatnym na manipulacje, szczególnie samotnego. Wkrótce jednak przekonuje się, iż owa koleżanka – a tak się składa, że to młodsza siostra Charliego Weasleya – jest dla Luny naprawdę miła, tak samo zresztą jak kolega, który magiczną mocą niewiele przewyższa byle charłaka, lecz jego zainteresowanie pielęgnacją magicznych roślin już teraz zapowiada niezwykły talent. Do tego cała trójka zdaje się mieć pecha i razem wpada zawsze w sam środek tarapatów, co Newtowi nieodparcie przypomina, jak przed laty trafił do Nowego Jorku.

W czwartej klasie Newt nie wypytuje o szczegóły, gdy dziewczynka zaczyna przebąkiwać o ekscytujących tajnych spotkaniach uczniów, ale jest zachwycony, widząc, jak z jej delikatności i wrażliwości wyrasta wewnętrzna siła. Kiedy w czerwcu Newt dowiaduje się o wyprawie Luny do Departamentu Tajemnic, Tina aż kipi: – Przecież mogli zginąć! Tak, Newt, jasne, że pamiętam, ale ja byłam aurorką, a to jeszcze dzieci! – za to magizoolog wręcz nie posiada się z dumy.

Piąty rok Luny w szkole z początku nie obfituje w przygody, ale Newt uśmiecha się na samą myśl, że Luna mogłaby komentować mecz quidditcha. Cieszy się też, że dziewczynka miała okazję poznać prawdziwego wampira. I to na oficjalnym przyjęciu! Bez wątpienia szkoła, jak zawsze, kryje mnóstwo dziwów i cudowności. Niespodziewanie jednak parę miesięcy później napełnia go rozpaczą wieść, po usłyszeniu której Hogwart nigdy nie będzie już dla niego taki sam. Zresztą nic bez Albusa Dumbledore’a już nie będzie tak samo jak kiedyś. Gdy Dumbledore dawno wyznał, czemu wtedy wstawił się za Newtem, nie powiedział prawdy; Newt świetnie wiedział, dlaczego nauczyciel stanął w jego obronie. To samo zresztą zrobił dla wielu innych uczniów. Po prostu widział ich takimi, jakimi naprawdę byli, i o każdego tak samo się troszczył.

– Newt, ty też się o wszystkich troszczysz – mówi miękko Tina. – Myślę, że na swój sposób kontynuujesz jego misję! – zapewnia, ale Newt, wtulony w jej ramię, i tak się roztkliwia – przeżył sto lat i zawsze w jego życiu obecny był Albus Dumbledore, więc teraz nie wyobraża sobie, że mogłoby go zabraknąć.

W kolejnym roku władzę w Hogwarcie przejmują śmierciożercy. Listy czasem giną, a te, które docierają do adresatów, to tylko paplanina i uprzejmości, pogodne opisy pysznego jedzenia i błahostki o tym, jakie kto kupił sobie pióro. Wyczuwa się w nich jednak zagrożenie i – tego Newt mógłby być pewien – między wierszami można wyczytać, że rodzi się bunt. Przypuszczenia się potwierdzają, gdy pocztą pantoflową roznoszą się wieści o napisach, jakie ktoś zostawia na ścianach w Hogwarcie – “Gwardia Dumbledore’a nadal przyjmuje ochotników”.

W Boże Narodzenie listy w ogóle przestają przychodzić, a Newta powoli ogarnia przerażenie, jakiego nie czuł od czasu, gdy Grindelwald sięgał po władzę. Odwiedza go Charlie Weasley – na prośbę siostry, by sam opowiedział mu, co się dzieje, gdyż poczta jest przechwytywana i niebezpiecznie coś wysyłać. Newt powtarza sobie, że obawy tylko podwajają cierpienie, lecz niepokój i napięcie kładą mu się ciężarem w żołądku i nie opuszczają go ani na chwilę. Szczęściem nie opuszcza go też Tina, zawsze gotowa służyć pomocą, choćby nawet w tych strasznych czasach zdarzyło się, że Newt chciałby wypłakać się jej na ramieniu.

W czerwcu, zanim jeszcze kraj znów staje otworem, okazuje się, że Luna… żyje! Jest wolna! Gdy jednak Newt czyta w liście, co jej się przytrafiło, jego radość miesza się z bólem i gniewem. Zamyka oczy i przypomina sobie, jak kiedyś leżał na torach metra, a błyskawice z różdżki Grindelwalda chłostały go po całym ciele i przypiekały…

– Newt, popatrz na mnie. – Tina klęka obok niego i wciska mu w dłoń okruch lodu. – Jesteś przy mnie, na Wrzosowisku. W Puddeltown pod Dorchester. Mamy rok tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty ósmy; Grindelwald nie żyje. Na jesieni znaleźli go martwego w Nurmengardzie, pamiętasz?

– Tak – odpowiada drżącym głosem, ściskając jedną ręką lód, drugą dłoń Tiny. – Pamiętam.

– Newt – mówi Tina – nic jej nie będzie. Ma przecież ciebie.

Kiedy Newt dowiaduje się, że prócz niego wśród znajomych Luny są również magopsychiatrzy ze Szpitala Świętego Munga, proponuje, żeby Tina też skorzystała z fachowej pomocy. – Jakie to teraz ma znaczenie? – pyta zmęczonym głosem Tina. Newt odpowiada krótko i zwięźle: – Ależ ma!

Już parę tygodni później Luna przysyła kolejny list, tym razem pełen entuzjazmu: pokonano Czarnego Pana! Hogwart przetrwał, choć poniósł ciężkie straty. Dziewczyna pisze o poświęceniu uczniów i profesorów, o wszystkich, którzy w tamtą tragiczną noc oddali za szkołę życie – wśród ofiar są też ten młodzieniec-wilkołak i jego żona – lecz smutek w liście Luny zdaje się mieć inne źródło, którego Newt nie umie odgadnąć.

Dopiero gdy po kolejnych dwóch tygodniach w dziale plotek w “Proroku” ukazuje się artykuł “Chłopiec, Który Się Zadurzył” (a napisała go – któż by inny? – Rita Skeeter), ozdobiony zdjęciem siostry Charliego, Newt wreszcie wszystko rozumie. To właśnie wtedy opowiada dziewczynie historię Lety. Luna jest czwartą osobą – po bracie, żonie i szwagierce – która się o wszystkim dowiaduje. Szwagierce akurat tego, ściśle rzecz biorąc, nie opowiadał, ale to nieistotne. Newt rozumie, że to inna sytuacja – jej Ginny (właściwie to nie “jej”) wcale nie jest kimś, o kim można by powiedzieć, że potrafi tylko brać – ale Newt pragnie, żeby Luna wiedziała, że jest świadom, jak ona cierpi.

Zaczyna się następny rok szkolny, a Newt dowiaduje się z korespondencji, jak Hogwart leczy rany i zaczyna się zmieniać; widzi, jak uczniowie w końcu pojmują, ile nieszczęść wynika z wrogości wobec Ślizgonów, więc próbują załagodzić odwieczny konflikt. Cóż, może gdyby zabrali się za to sto lat wcześniej, losy Lety mogłyby potoczyć się jakoś inaczej, ale… Nie! Wtedy nie byłoby przy nim Tiny, a to nie do pomyślenia. Z rozbawieniem czyta, jak Luna bawi się słowami, żartując sobie z owutemowych zajęć i egzaminów. Na zakończenie roku Newt, rzecz jasna, wyrusza do Hogwartu, żeby być na rozdaniu świadectw uczniom jej klasy. A potem dziewczyna rusza odkrywać świat, jak obiecywała dawno temu, a Newt pociesza ją, gdy Luna po latach poszukiwań musi w końcu przyznać, że chrapaki krętorogie prawdopodobnie nie istnieją. Stwierdza – choć nie powiedziałby o tym nikomu – że sam zaczynał już mieć nadzieję na ich odkrycie.

Jest święto Paschy, a Newt siedzi po wieczerzy sederowej ze szwagierką na werandzie jej domu, patrząc, jak dzieci ze śmiechem śmigają na miotłach nad podwórkiem. Przygląda się wnukowi, który próbuje nauczać młode pokolenie Kowalskich i Scamanderów gry w quidditcha. Rolf to już młody dżentelmen; Newt uświadamia sobie, że miał tyle samo lat, kiedy pojechał w tę pamiętną podróż do Nowego Jorku. Czuje, jak myśli Queenie prześlizgują się nad jego wspomnieniami zapisanych zwojów pergaminu, popielatoblond włosów i kolczyków zrobionych ze sterowcowych śliwek.

– Newt? – mówi cicho Queenie. – Nie wydaje ci się, że Lunie dobrze byłoby z Rolfem?

Newt aż otwiera szeroko oczy. Rzeczywiście! Jak mógł tego nie zauważyć? W obojgu jest ta sama wewnętrzna siła, oboje ciągnie do wszystkiego, co niedorzeczne, podobnie nie przejmują się normami i, rzecz jasna, identycznie kochają wszystkie magiczne stworzenia. Oboje też większą część ostatnich paru lat spędzili na wyprawach w poszukiwaniu fantastycznych zwierząt – byliby z nich wspaniali towarzysze podróży! Słyszy, że Queenie cicho wzdycha. Unosi brwi i spogląda na nią pytająco, a Queenie tylko się uśmiecha i kręci głową.

Przedstawia ich sobie i faktycznie – Luna i Rolf nie tylko zaraz postanawiają podróżować wspólnie, ale też wkrótce ich znajomość przeradza się w trwałą przyjaźń. Newt wprost nie może wyjść ze zdumienia, kiedy młodzi, w rzadkiej chwili, której nie spędzają na poszukiwaniu przygód, goszcząc u niego na herbatce, niespodziewanie przytulają się i całują.

– Myślałem, że lubisz dziewczyny! – wykrzykuje Newt, a Tina trzęsie się od tłumionego chichotu.

– Ja wszystkich lubię! – odpowiada z rozbrajającą szczerością Luna. Jej uśmiech jest wręcz przeuroczy.

Trzy lata później – jak ten czas szybko leci! – jest słoneczne popołudnie, Newt wygrzewa w cieple kości, zaś obok niego, trzymając splecione dłonie na podołku, siedzi Tina – wciąż jest uderzająco piękna, choć liczy już sobie sto dziewięć lat. Nie spuszczają wzroku z młodej pary pod ślubnym baldachimem, którego nogi opleciono taką ilością pędów pnączy, że na oblubieńców przeświecają przez liście cętki ciepłego blasku. Wnuk to teraz przystojny, zdolny mężczyzna, zaś Luna, choć tak samo eteryczna jak wtedy, kiedy miała dwanaście lat, ma w sobie dojrzałość kogoś, kto poznał wszelkie okropności, jakie ziemski padół nosi, a mimo to woli patrzeć na świat przez różowe okulary. Młodzi stoją naprzeciw siebie, trzymając się za ręce. Emanują wewnętrzną siłą i spokojem.

Newt ujmuje dłoń Tiny, a słowa przysiąg i błogosławieństw brzmią w jego uszach jak cichy pomruk; wspomina ich własne wesele dawno temu i myśli, jak wiele się zdarzyło od tamtego czasu. Kiedy Rolf z młodzieńczą werwą roztrzaskuje obcasem kielich, a goście wiwatują, gdy rozlega się brzęk tłuczonego szkła, serce Newta wzbiera taką dumą, jakiej nie czuł chyba jeszcze nigdy.

Author
Categories

Posted
Comments None

(“Darling, hold my hand” – autor nieznany)

Streszczenie: Newt przez nieuwagę zostawił w mieszkaniu Tiny rękawiczkę. I to była najlepsza rzecz, do jakiej przyłożył rękę.

Tina znalazła ją na podłodze w dzień wyjazdu Newta. Zapomniana rękawiczka leżała za łóżkiem, na którym Newt miał spać. Wpadła tam pewnie wtedy, kiedy on i Jacob wymknęli się nocą z domu przez okno.

Rękawiczka wyglądała na zrobioną na drutach. Niezgrabnie uszyta i ciut nieforemna, wydziergana – podobnie jak szalik Newta – z wypłowiałej już czarnej włóczki, miała identyczne obrębienie w żółtym kolorze. Można było zaryzykować stwierdzenie, że Newt Scamander zrobił ją sobie sam.

Właśnie go odprowadziła i gdy po powrocie do domu weszła do tymczasowej sypialni, żeby posprzątać, znalazła zgubę na podłodze. Pogładziła delikatny materiał i poczuła, jak coś ściska ją za serce. Nawet włożyła tę nieoczekiwaną pamiątkę, zastanawiając się, czy Newt ma dużo dłuższe palce. Nim w końcu wróciła do sprzątania pokoiku i schowała do kieszeni rękawiczkę, niewiele brakowało, by ją powąchała.

Wyciągnęła różdżkę i zasłała łóżko, potem cofnęła zaklęcie transmutacji, którym wcześniej zmieniła biurko w miejsce do spania dla Jacoba. Serce znów zakłuło ją boleśnie. Mocno.

Zerknęła w stronę otwartych drzwi, wiedząc, że siostra zamknęła się w pokoju i pewnie płacze w poduszkę. Sytuacja się skomplikowała. I to tak, że nie wystarczyłoby kilka zaklęć, żeby zrobić porządek.

Dopiero co rozpoczęła nową pracę. Queenie była załamana. Jacob o niczym nie pamiętał. A przede wszystkim – Newt wyjechał. Tymczasem Percival…

Z trudem przełknęła ślinę, gdy pomyślała o tym ostatnim z bliskich. Nie miała pojęcia, gdzie jest Percival i co się z nim dzieje. Prezydent Picquery nie wydała jeszcze oświadczenia o tym, że MACUSA odnotowała naruszenie bezpieczeństwa. I że Grindelwald prześlizgnął się aurorom pod samym nosem. Ani o tym, co przeszedł ten biedny chłopiec – Credence. I o dziewczynce, której dotąd nie odnaleziono – Modesty.

Sytuacja się skomplikowała – to jednak za mało powiedziane. Tylko że nie przychodziło jej do głowy lepsze określenie.

Opadła na łóżko; skrzywiła się, gdy sprężyny materaca zaprotestowały głośno. Tyle się ostatnio zdarzyło… Sięgnęła do kieszeni i musnęła rękawiczkę Newta. Mimo że Tina nie zwykła rozczulać się nad sobą, dodało jej to odrobinę otuchy. Bo choć wszystko wskazywało na to, iż zostały z Queenie same, trzymała w ręku namacalny dowód, że tak nie jest.

***

Newt spostrzegł brak rękawiczki po przyjeździe do Londynu. W jej poszukiwaniu przetrząsnął całą szopkę, ale nic nie znalazł.

Uznał, że musiał ją zostawić w mieszkaniu sióstr Goldstein. Jako że nie miał pojęcia, kiedy do nich wróci, pomyślał, że można by napisać do Tiny i poprosić o odesłanie rękawiczki. Tyle że byłoby to chyba niepoważne, a przy wszystkich rzeczach, o które mógłby ją poprosić – wręcz niemądre.

A jeśli już zdążyła znaleźć ją i wyrzucić? Albo jeśli rękawiczki u niej nie ma, a Tina będzie jej niepotrzebnie szukać, podczas gdy on znajdzie rękawiczkę schowaną w kieszeni płaszcza albo upchniętą byle gdzie? Ależ to byłby wstyd!

Nie, zawracanie Tinie głowy czymś tak trywialnym raczej nie byłoby roztropne. Zresztą rękawiczkę zawsze można zrobić nową.

Schował samotną rękawiczkę do szuflady i wyciągnął różdżkę. Wymruczał zaklęcia i patrzył, jak nie używane od dawna druty idą w ruch i wykonują pierwsze ściegi, a wokół polatuje kłębek czarnej włóczki. Tym razem zrezygnował z obrębiania na żółto – lepiej po prostu wydziergać nową parę niż dorabiać brakującą sztukę. Poza tym pozostałe pary rękawiczek mocno już wypłowiały. Nadszedł czas na coś nowego.

Rozejrzał się po swoim małym lokum, którego ciszę zakłócały tylko podzwaniające druty i trzaskający na kominku ogień, i poczuł się nieznośnie samotny. Pickett zaświergotał nagle coś w jego kieszeni, tak jakby czytał mu w myślach i właśnie głośno chciał dać wyraz niezadowoleniu.

Frank wrócił niedawno na wolność, więc Newt pocieszył się myślą, że zwyczajnie tęskni za swoim gromoptakiem.

Zaraz, Tina była w Ilvermorny w Domu Gromoptaka…

Parsknął krótkim śmiechem i wyciągnął dłoń, żeby Pickett mógł się wspiąć. Nie, dopiero co poznał Tinę, nie mógłby już za nią tęsknić.

Delikatne kłucie w sercu mówiło co innego. A może jednak właśnie tęsknił za gromoptakiem? Gromoptakiem znanym z ciętego języka oraz z upodobania do hotdogów z koszerną wołowiną? I tym razem nie chodziło o Franka.

***

Pierwszy list od Newta nadszedł prędzej, niż się spodziewała. Wyjechał przecież ledwie dwa tygodnie wcześniej, a już pewnego popołudnia znalazła na biurku kopertę.

Stwierdziłem, że coraz częściej o Pani myślę, panno Goldstein. Tak się zastanawiam – czy pozwoliłaby mi Pani nie dotrzymać obietnicy i wrócić przed tym, jak skończę pisać książkę?

Serce zaczęło jej bić jak szalone. Czytała jego słowa w kółko, jakby chciała się upewnić, że dokładnie rozumie ich znaczenie.

Na blacie leżała jego rękawiczka, zupełnie jak gdyby sama wydostała się z szuflady, gdzie zawsze trafiała od czasu, gdy MACUSA z powrotem przyjęła Tinę do pracy. Zatrudniono ją w Biurze Aurorów, lecz nie jako aurorkę, a ponownie jako stażystkę. Należało się pewnie z tego cieszyć, ale Tina ostatnio czuła przede wszystkim zmęczenie. Męczący byli aurorzy, bo traktowali ją z góry, choć umieli połowę tego co ona; męczyło, że znów trzeba harować jak wół, a to, czym zajmowała się przez ostatnie lata, wykonywać od nowa. I wszystko dlatego, że MACUSA popełniła błąd. No cóż. Tina pewnie też popełniła w życiu niejeden. A co do słuszności tego, ile zrobiła, by pomóc Credence’owi, i tak twardo obstawała przy swoim – przecież tych hipokrytów więcej obchodziło ukrywanie się przed niemagami niż rzeczywiste bezpieczeństwo!

Uspokoiła się i odetchnęła głęboko, potem znów spojrzała na list od Newta.

Tak się zastanawiam – czy pozwoliłaby mi Pani nie dotrzymać obietnicy i wrócić przed tym, jak skończę pisać książkę?

Przecież nie w tym rzecz, czy pozwoliłaby! Niestety na piśmie nie da się odpowiedzieć jak należy, czyli natychmiast.

Czy pozwoliłabym? Newt, gdyby nie ten drobiazg, że wyglądałoby to na zupełną desperację z mojej strony, błagałabym Cię, żebyś przyjechał wcześniej! Czyli odpowiedź brzmi: tak! Pozwalam Ci przyjechać, jak tylko dasz radę wykroić sobie trochę wolnego czasu.

P.S. Czy wiesz, że zostawiłeś tu rękawiczkę? Będziesz się chyba musiał dołożyć do opłat za jej zakwaterowanie i wyżywienie. Nawet nie masz pojęcia, ile jedna samotna rękawiczka potrafi zjeść.

Miała nadzieję, że żart mu się spodoba.

***

Jak się okazało, nieprędko dał radę wykroić sobie trochę wolnego czasu. Od jego powrotu ministerstwo na dłuższą metę nie mogło się bez niego obyć. Właściwie to nie wypuściliby go z rąk nawet na tydzień. Wydawało się, że zawsze kiedy tylko kończy z jednym problemem, kolejny z hałasem rzuca mu się do gardła. Bywało, że nie w przenośni, a dosłownie. Do tego miał jeszcze jeden mały kłopot: wesele brata.

Nie żeby Newt musiał zrezygnować ze wszystkich planów, rzecz jasna. Właściwie to nikt go nawet o niczym nie poinformował, więc przeczytał o tym dopiero w “Proroku” i musiał znosić wymowne spojrzenia współpracowników. Zarówno tych, którzy znali jego przeszłość, jak i tych, którzy słyszeli jedynie plotki.

Rok temu przejmowałby się tym bardziej. Gdyby się wtedy dowiedział, że Tezeusz stara się o rękę Lety Lestrange, miałby mu pewnie coś do powiedzenia w tej kwestii. A teraz… Teraz było to tylko odrobinę irytujące.

Irytował go każdy, kto uważał, że Newt będzie zazdrościć młodej parze szczęścia. Irytowało, że brat nic mu nie powiedział. Nawet matka trochę go zdenerwowała. Choć nie rozmawiała z nim od lat, nie mógł uwierzyć, że w związku z czymś tak ważnym jak zaślubiny brata nie raczyła mu nawet wysłać sowy.

Pewnie dobrze się złożyło, że był zbyt zajęty, żeby podróżować. Gdyby zaraz po weselu brata wyjechał, w towarzystwie pewnie by zawrzało. Newt zaś po prostu przychodził punktualnie do pracy, punktualnie wychodził, a w międzyczasie wysyłał do Tiny list za listem. I wprost nie mógł się doczekać, kiedy dostanie nową pocztę – wszystko to dzięki żartobliwym doniesieniom Tiny na temat samopoczucia rękawiczki. Ostatnio na przykład szczegółowo opisała, jak wybrała się z jego rękawiczką zwiedzić Statuę Wolności. No i do bistra na lunch. Ale też było trochę o piekarni Jacoba i o tym, co słychać u Queenie.

Newt dostrzegał wyraźny trend, który pewnie był po prostu cechą charakteru Tiny: nie lubiła pisać o sobie. Choć oczywiście i tak nie omijała tematu całkowicie, opowiadając o wesołych spacerach z jego rękawiczką. Właśnie dlatego sam ją do tego zachęcał. Zresztą pisała z humorem i naprawdę ładnie jej to wychodziło.

Kiedy wrócił do domu, czekał już na niego kolejny list. Rozdarł kopertę, a gdy tylko rzucił okiem na pierwszą stronę, zaczął czytać od nowa. I zerknął nerwowo na kalendarz, bo wprost nie mógł uwierzyć własnym oczom.

To już rok, odkąd się poznaliśmy, panie Scamander… – brzmiał początek. Naprawdę minął już cały rok? Na kalendarzu widniał grudzień, więc na to wyglądało.

Twoja rękawiczka z początku mocno za Tobą tęskniła, ale myślę, że nasza nieustająca korespondencja bardzo jej pomogła.

Cały list był w podobnym stylu. Tina donosiła, że rękawiczka była świadkiem jej strzyżenia – w wykonaniu Queenie – które już dawno się Tinie należało. I że w pracy jak zwykle nic ciekawego się nie dzieje, ale nowy rok zapowiada się lepiej.

Postanowił natychmiast odpisać i wyciągnął pióro.

Tina,
Moja rękawiczka niedługo nie będzie musiała dłużej znosić samotności. Chyba znowu mam już wystarczająco dużo zaległego urlopu, żeby przyjechać na trochę do Nowego Jorku.

Resztę listu skreślił w pośpiechu, bo czekało go jeszcze pakowanie.

***

Przyjechał na miejsce w poniedziałek o czternastej. Tina czekała na niego już od paru godzin. Podszedł do niej nieśpiesznie, postawił na ziemi walizkę, wreszcie stanął wyprostowany.

– No i… wróciłem. Masz moją rękawiczkę?

Na jej twarz powoli wypłynął kpiący uśmiech.

– A gdybym ci powiedziała, że ją wyrzuciłam?

Parsknął krótko.

– Naprawdę by mi nie przeszkadzało, a zresztą… Taki powód wizyty jest do luftu. Ciebie chciałem zobaczyć, a czy to wyczytałaś z moich listów… – Uśmiechnął się krzywo, a jego uśmiechu nie sposób było nie lubić.

– Coś z nich wydedukowałam – odparła. – Miło mi, że to właśnie to coś, co należało wydedukować.

Sięgnęła do kieszeni i wyjęła rękawiczkę. Newt wyciągnął rękę i chwycił zgubę na chwilę, po czym wsunął ją z powrotem Tinie w dłoń.

– Tak sobie myślę… Skoro ja nie mogę cały czas być z tobą, to chociaż niech ona będzie. Przynajmniej jest jej u ciebie dobrze.

Zacisnęła dłoń i przyciągnęła do siebie rękawiczkę wraz z właścicielem. Odpowiedziała dopiero, gdy prawie zetknęli się głowami.

– To pana wolałabym trzymać w kieszeni, panie Scamander.

Zrobił krok naprzód i delikatnie przycisnął usta do jej ust, aż serce zaczęło jej szaleńczo walić, a gdy wolno przechylił głowę i przywarł do Tiny mocniej, wręcz zawirowało jej w głowie. Wtedy Newt nagle oderwał się od niej i nerwowo oblizał wargi.

– Na pewno mnie też byłoby tam dobrze.

Author
Categories

Posted
Comments None

(“James Potter and the Vault of Destinies” – G. Norman Lippert)

Myśli Jamesa pędziły jak szalone; wciąż odtwarzał sobie w pamięci wydarzenia wieczoru, a cała ta historia wyglądała coraz bardziej tajemniczo za każdym powtórzeniem. Już same słowa Petry były przerażające, a wspomnienie walącego się masztu i okropności, które po nim nastąpiły – jeszcze gorsze. James przypomniał sobie smutek i zdecydowanie w jej głosie, gdy mówiła, by ją puścił i pozwolił jej wpaść do oceanu w ślad za tajemniczą broszą – coś, czego nigdy, przenigdy by nie zrobił. I wreszcie najgorsze: ten moment, gdy jak obuchem uderzyła go świadomość, że Petra – dziewczyna, którą kocha – za chwilę zginie.

Potem zaś James – czym chyba on sam najbardziej był zaskoczony – wyczarował tajemniczą srebrną wstęgę, która połączyła oboje i uratowała dziewczynę przed nacierającymi falami. Dzień wcześniej Bairstow orzekł, że nadchodząca burza wcale nie będzie taka, jak w “Triumwiracie”. To żaden taki magiczny sztorm – mówił – jak ten, który o mało nie dosięgnął legendarnego Treusa i jego załogi. Chłopiec nie mógł przestać myśleć o tym, że wypadki potoczyły się zupełnie inaczej.

Gdzieś blisko na mokrym pokładzie rozległy się kroki. James nawet nie podniósł wzroku. Miał nadzieję, że nadchodzący po prostu go minie, ten jednakże, ledwie widoczny w ciemnościach burzliwej nocy, podszedł tak blisko, że gdy oparł się obok o reling, James poczuł ciepło.

- Wszystko w porządku? – usłyszał cichy głos ojca. Westchnął głęboko.

- Tak… Chyba tak.

Razem przez jakąś minutę obserwowali grzywacze, sunące za burtą jak duchy, nim ojciec przemówił ponownie:

- Chcesz mi opowiedzieć o tym, co się stało?

James wahał się przez chwilę, nim odpowiedział:

- Ona jest chora, tato. Ale to nie tak, jak się zdaje mamie. Z Petrą nie jest dobrze. Coś w jej głowie… Myślę, że ona… Że wyszła dzisiaj na pokład… bo chciała, żeby coś jej się przydarzyło.

Harry wolno pokiwał głową. Jego okulary zalśniły, gdy zza kłębiących się chmur wyjrzał księżyc.

- Mówiłem o tym Merlinowi. Dyrektor ją… obserwuje.

- Co się z nią dzieje? – James zerknął na ojca. – Może Merlin będzie wiedział? Czy ona wyzdrowieje?

Harry obrócił się do Jamesa i z łagodnym uśmiechem odparł:

- Powiem ci szczerze, synu – nie wiem. Ale ona naprawdę przeszła piekło. Minie trochę czasu, nim sobie z tym poradzi. Bądź jej przyjacielem i czekaj cierpliwie.

James znów westchnął i odwrócił wzrok.

- Nie mam pojęcia, jak to mam zrobić. Za każdym razem, jak chcę z nią pomówić, to się… Nie wiem. – Wzruszył ramionami i pokręcił głową.

Harry uśmiechnął się szeroko i żartobliwie szturchnął Jamesa.

- Rozumiem, co czujesz. Nic się nie martw. Kiedy będzie trzeba, słów ci nie zabraknie. Tak jak dzisiaj.

James nerwowo zerknął na ojca.

- O czym ty mówisz?

Harry wzruszył ramionami.

- Słyszałem cię. Zresztą wszyscy słyszeliśmy, jak krzyczysz na rufie do Petry, kiedy wypadła i zawisła za relingiem. Powiedziałeś jej, co musi zrobić, i przekonałeś ją. Uratowałeś jej życie, James.

- Ale jak to się dzieje, tato? – zawołał James. – Jak ona to zrobiła? Przecięła liny samą siłą woli! Wczoraj rano zrobiła tak samo, naprawiła łańcuchy uprzęży pod dnem statku. Bez różdżki! Ona… – powiedział i ugryzł się w język, bo o mało nie złamał danego Petrze słowa. Obiecał w końcu, że nikomu nie zdradzi jej sekretu. – Ona… już nie używa różdżki. Przynajmniej ja nie widziałem.

- Też zauważyłem – odparł bez zdziwienia Harry. – Merlin o tym wie. Trochę mi mówił, ale pewnie nie za wiele. To, co on wie, zachowuje dla siebie.

- Nic mi nie możesz powiedzieć?

Harry potrząsnął głową.

- To nie dlatego, żebyś na to nie zasługiwał, James. Dlatego, że to nie ma sensu. Może później. Kiedy coś się wyjaśni.

- To po to Merlin z nami płynie, tak? – spytał, przypatrując się badawczo ojcu. – Jest tu, żeby mieć Petrę na oku?

Harry spojrzał na niego i powoli pokręcił głową.

- Myślisz zupełnie jak auror, James – oznajmił. – Mądrze korzystaj z tej umiejętności i trzymaj się z dala od kłopotów. Wiem, jak trudno ci to przyjąć do wiadomości, ale i tak powiem: na razie nic więcej nie możesz dla niej zrobić. Po prostu bądź jej przyjacielem, bo cokolwiek się zdarzy, tego właśnie najbardziej będzie potrzebowała.

- A co się zdarzy? – James nie odrywał wzroku od ojca. – Już coś słyszałeś?

- Właśnie usłyszałem, jak ciężko ci przyjąć do wiadomości, że nie musisz sam brać świata na swoje barki – odparł Harry znużonym głosem, w którym jednak pobrzmiewała czułość. Uśmiechnął się krzywo i dodał: – Ale trzeba ci przyznać, że za to sam dochodzisz do prawidłowych wniosków.

Zamilkli na długą chwilę; James obrócił się i zapatrzył na ocean, słuchając tylko fal monotonnie uderzających o dziób statku, a odezwał się dopiero po paru minutach:

- Co się dzisiaj stało, tato?

Zdawało się, że Harry rozumie, o czym chce pomówić syn – przez moment jakby zastanawiał się nad odpowiedzią, po czym zdjął okulary.

- Czy mówiłem ci już, co się stało wtedy, kiedy zginęła moja mama i tato? – spytał miękko.

James przyjrzał mu się z uwagą.

- Tak… – odparł niepewnie. – To znaczy… Każdy chyba wie. Napisano o tym książki. I są nawet filmy.

Harry skinął głową.

- Owszem, ale w nich nie ma nic o tym, co naprawdę miało miejsce. To wszystko tylko domysły. No i wiesz, wszyscy ci, którzy tamtej nocy przy tym byli, już nie żyją. Oprócz mnie, oczywiście. A ja na szczęście nic nie pamiętam. Tylko jedna osoba rzeczywiście wiedziała, co się tam zdarzyło. Domyślasz się, o kim mowa?

James zmarszczył brwi, ale nagle przyszła mu do głowy odpowiedź.

- Dumbledore? Twój dawny dyrektor?

- Trafiłeś – uśmiechnął się smutno Harry. – Albus Dumbledore. Powiedział mi o tym, chociaż wtedy za wiele nie zrozumiałem. Może nikt poza samym Dumbledore’em tak naprawdę by nie zrozumiał. W końcu to stara magia. Stara i niezgłębiona. Czegoś takiego nie uczą w książkach ani na zajęciach; to wymaga mądrości. Dumbledore może i nie był doskonały… ale był bardzo mądry.

James, zdziwiony, zamrugał; nie był pewien, do czego dąży ojciec.

- I co ci powiedział? – spytał. – O tym, co się stało tamtej nocy?

Harry zmrużył oczy i zwrócił wzrok ku falom.

- Moja matka dokonała wymiany – powiedział powoli. – To brzmi jak coś banalnego, ale myślę, że nie jest ani trochę łatwe. Pewnie proste wyjaśnienie to jedyny sposób, żebyśmy to mogli ogarnąć rozumem. Dokonała wymiany. Oddała życie, żeby mnie ocalić. Gdy to zrobiła, zadziałała pewnego rodzaju magia, której okrutny i potężny Voldemort w ogóle nie był w stanie pojąć. Mama zawarła w ten sposób rodzaj kontraktu, który go od tego momentu wiązał, który połączył Voldemorta ze mną po wsze czasy, aż do śmierci jednego z nas. Cały sekret, ukryta tajemnica tego aktu, to jego sedno – siła, która czyni postanowienia kontraktu ostatecznymi. Kiedy Dumbledore mi to powiedział, byłem jeszcze chłopcem, młodszym niż ty. Wtedy to brzmiało aż za prosto. Pomyślałem, że pewnie jest zwyczajnie sentymentalny. Teraz już wiem, że jest inaczej, że ta siła, o której tak naprawdę mówił, to niewzruszona, niezniszczalna, najpotężniejsza rzecz w całym uniwersum. Powiedz mi tylko, że rozumiesz, o czym mówię.

James dobrze wiedział, o czym mówi ojciec.

- O miłości – odparł. – Magiczny kontrakt twojej mamy był oparty na miłości, przynajmniej w jakiś sposób. Prawda?

Harry powoli przytaknął.

- Ludziom się zdaje, że miłość to rzecz banalna i błaha, bujanie w obłokach. Piszą o niej na różowym papierze w kwiatki, grają rzewne piosenki przy akompaniamencie fletu i harfy, drukują pocztówki dla zakochanych. Ale to nie tym jest naprawdę miłość – a przynajmniej nie tylko tym. Miłość jest jak łańcuchy z najtwardszej stali. Jak ciężary, które ważą tyle, co cały świat. Tak jak umie stwarzać, tak potrafi i niszczyć. To moc, przy której wszystko blednie. Tego właśnie Voldemort nie był w stanie pomieścić w głowie i przez to potem zginął: miłość mojej mamy, wymiana, której dokonała, i to, że poświęciła siebie… dla mnie.

James jeszcze nigdy nie słyszał, by ojciec mówił takie rzeczy. Historia śmierci jego rodziców była w świecie czarodziejów tak powszechnie znana, powtarzana tyle razy, że wręcz wyprana z emocji. Dopiero teraz jednak do Jamesa w pełni dotarło, że to wszystko zdarzyło się naprawdę, że ojciec – wielki Harry Potter – był kiedyś bezbronnym niemowlęciem i potrzebował ochrony, którą dała mu matka. I że ta kobieta w akcie doskonałej miłości oddała mu wszystko, co miała, włącznie z największym darem: własnym życiem.

Harry drgnął i wyprostował się.

- Jak mówiłem, to stara magia. Jest czymś tak fundamentalnym i prostym, że nie ma nazwy. Po prostu jest. Ta wymiana, uratowanie jednego życia przez poświęcenie drugiego, tworzy nierozerwalną więź, jakby wiążący na zawsze kontrakt. Coś takiego, co istniało między Voldemortem a mną i w końcu spowodowało jego śmierć. Rozumiesz, James?

- Tak. – James pokiwał głową. – To znaczy… Chyba. Ale co to ma wspólnego z…

- James – przerwał mu Harry – dzisiaj coś takiego zdarzyło się właśnie tu, na tym statku. Tyle że w trochę inny sposób. Nie byłem pewien w tamtej chwili, kiedy się to stało; nic nie widziałem, bo Merlin zasłonił wszystkie okna. Ale coś poczułem. Jakaś część mnie, jakaś ważna i głęboko ukryta cząstka… pamiętała to uczucie. James, czy możesz mi powiedzieć… Kiedy Petra spadła, to czy… widziałeś coś? Coś niezwykłego?

Aż zrobiło mu się zimno. Szeroko otwartymi oczami spojrzał z przerażeniem na ojca. Nie musiał odpowiadać – Harry wyczytał w jego twarzy odpowiedź.

- Coś zaszło między wami. Ale to nie była wymiana. Nie wiem jak, ale uratowałeś ją, tak jak mnie uratowała matka… tylko nie musiałeś przy tym ginąć. Chociaż chciałeś. Prawda?

James, nieobecny myślami, nie odrywał wzroku od ojca, choć właśnie wracał do tego, co zdarzyło się wieczorem. Przytaknął. Harry kiwnął głową.

- Rozumiem. Pragnąłeś zginąć zamiast niej. W jakiś sposób to wyzwoliło tę magię i spowodowało powstanie więzi… mimo że nie musiałeś umierać.

- Ale… jak to możliwe? – James ściszył głos do szeptu. – Twoja mama była dorosłą czarownicą, i to na pewno świetną. Jak mogłem rzucić, tak jak ona, takie trudne i potężne zaklęcie?

Harry potrząsnął głową.

- To nie taka magia, James. I dlatego w starciu z nią Voldemort przegrał. To nie jest magia, której można się nauczyć. To nie transmutacja ani latanie na miotle. Dla tych, którzy poznali miłość, ta moc po prostu leży gdzieś głęboko, ukryta, niczym wielka podziemna rzeka. Bardzo mało jest czarownic i czarodziejów, którzy w ogóle potrzebują, czy też… mają dość charakteru, by ją przywołać. A ty tego dokonałeś, James. Tak jak moja mama. Dokonałeś tego.

- Ale… W takim razie dlaczego nadal żyję? A jeżeli to jednak była wymiana?…

Harry położył dłoń na ramieniu syna.

- Nie mam pojęcia. To prawie tak, jakbyś posłużył się zupełnie innym rodzajem magii, czymś poza zasięgiem naszej wiedzy i pojmowania. Wiem tylko, że tak właśnie się zdarzyło i… jestem z ciebie dumny, James. Aż nie potrafię wyrazić, jak bardzo jestem dumny – nie tylko z tego, co zrobiłeś, ale i z tego, jak spokojnie i pewnie to zrobiłeś. – Westchnął głęboko i mówił cicho dalej: – I nie potrafię powiedzieć, jaka to była ulga zobaczyć, jak razem z Petrą schodzicie do nas po schodach, wstrząśnięci i cali mokrzy. Bo już myślałem – przez krótką chwilę, ale to był koszmar – że cię straciłem. Nie chcę już nigdy w życiu tak się znowu poczuć. Nie zniósłbym tego chyba.

James pokiwał głową. To też bardzo dobrze rozumiał.

Zdawało się, że powiedzieli sobie już wszystko; Harry objął syna ramieniem i ruszyli w stronę schodów pod pokład.

- Tato? – odezwał się James, gdy tak szli w ciemności. – Dlaczego Merlin zasłonił okna? Dlaczego po prostu nie użył magii, żeby uratować Petrę?

Harry zamyślił się na długo. James sądził już, że ojciec nic nie odpowie, gdy ten w końcu nabrał głęboko powietrza.

- Merlin to tajemniczy i potężny czarodziej, James. – Harry starannie dobierał słowa. – Pochodzi z zupełnie innych czasów. Nie rozumiem przyczyn mnóstwa rzeczy, które robi. No ale w jednym przypomina mojego dawnego dyrektora, Dumbledore’a: jest bardzo mądry. Mądrość nie przychodzi łatwo ani tanim kosztem; trzeba ją szanować. Nie zawsze rozumiem Merlina, ale go szanuję. Na pewno ma swoje powody, tylko się tymi powodami z nikim nie dzieli.

James uparł się, żeby zgłębić temat; zatrzymał się u szczytu schodów i zajrzał ojcu w twarz.

- Zgadnij, tato. Proszę. Ty zawsze wyczuwasz pismo nosem; spróbuj się domyślić.

Harry, zadumany, zapatrzył się na grzywacze i wolno pokręcił głową.

- Możliwe, że Merlin wiedział, że uratujesz Petrę… albo że tak czy owak w jakiś sposób zostanie uratowana… – powiedział i zamilkł na chwilę. Potem wzruszył ramionami i nie patrząc na Jamesa, dodał: – Albo z jakiejś przyczyny – choć bardzo mi się nie podoba taka ewentualność – może Merlin mógł mieć zamiar… pozwolić Petrze umrzeć.

Jamesowi znów zrobiło się zimno. I to tak, że zjeżyły mu się włosy, a po plecach przebiegł dreszcz.

Harry widział reakcję syna, ale nie próbował wypierać się tego, co powiedział; nie dodał już ani słowa. Obaj nie odzywali się przez długą chwilę, zatopieni w myślach, by wreszcie ruszyć wypełnionym ciepłem i światłem korytarzem pod pokład. Przed drzwiami kajuty Jamesa powiedzieli sobie dobranoc, po czym chłopiec, starając się nie hałasować, ułożył się na koi.

Statek miarowo kołysał się na falach. W ciemności James uniósł prawą dłoń i przyjrzał się jej. Świecącej srebrzyście wstęgi nie było widać, ale czuło się wyraźnie, że jest na miejscu, rzeczywista i równie mocna jak wieczorem, gdy jedynie ona trzymała Petrę z dala od rozkołysanych fal. A sam James rzeczywiście musiał pragnąć umrzeć dla Petry. Wtedy tego nie wiedział, świadomie o tym nie myślał, ale nie było wątpliwości – chciał wymienić swoje życie na jej życie.

Merlin jednakże mógł chcieć pozwolić Petrze umrzeć. Choć to wydawało się nieprawdopodobne, pewnie nawet nie ruszyłby palcem, by rzucić jakiś czar i ją uratować. James, nie podnosząc się, wolno pokręcił głową i pozwolił dłoni opaść na koję. Ufał Merlinowi; wszystko, co przez ostatni rok przeżył, ugruntowało jego wiarę w mądrość i dobre intencje starca, podobną do tej, którą czuł ojciec. Tylko jak wytłumaczyć, czemu Merlin zdecydował się nie ratować Petry? Nagle James otworzył szeroko oczy, a serce w nim zamarło: a gdyby to sam Merlin wyczarował sztorm? W końcu natura to jego medium, źródło jego mocy. A jeśli sztorm był magiczny i zaprogramowany, by zabić Petrę?

Przypuszczenie bez sensu, rzecz jasna – przecież Merlinowi można ufać. James wierzył i w pełni ufał, że Merlin jest w porządku.

Tylko co z Petrą? – zapytywał sam siebie; nie umiał uciszyć tego płynącego z serca głosu. W końcu Petra jest przekonana, że dokonała morderstwa. Jeśli tak, to może Phyllis sobie na to zasłużyła. A może i nie. Może Albus ma rację i Petra jest na wolności wyłącznie dlatego, że nic jej nie można udowodnić. Może Merlin chciał, żeby Petra dziś zginęła, bo ona… nie jest dobra. Może jest złą czarownicą. Albo gorzej – jest zła i… bardzo potężna.

Z wysiłkiem stłumił wypełniający mu głowę potok myśli. Przecież Petra nie jest zła. Wystraszona i zdezorientowana – może, na pewno nie jest całkiem zdrowa, ale w głębi duszy jest dobra – tego był pewien. Jeśli Merlin uważa inaczej – chłopiec nie wiedział, czy tak jest, chociaż wydarzenia wieczoru mogły sugerować, że owszem – to zwyczajnie się myli.

I z tą myślą James zapadł w końcu w płytki, niespokojny sen.

Author
Categories

Posted
Comments None

(“N+L” – Ferith12)

Tych dwoje często widuje się razem, jak spacerują ramię w ramię, i to już od drugiej klasy. Szepczą sobie jakieś sekrety – a może zwyczajnie rozmawiają o różnych rzeczach, o których nikt inny nie miałby cierpliwości słuchać – gdy kryją się w ustronnych miejscach. Kiedy trzeba, jedno broni drugiego – on niezręczny, za to bystry, nieustępliwy i uzbrojony w czarujący uśmiech, ona – zdecydowana, żywiołowa i zawzięta jak szerszeń, z wrodzoną przebiegłością gotowa bezwzględnie rozprawić się z każdym przeciwnikiem. Oboje są niczym połamane kawałki puzzle, których ostre krawędzie sprawiają, że nie sposób ich przypasować do reszty świata. Razem jednak układają się w jedną naturalną całość.

Są najlepszymi przyjaciółmi. To naprawdę cud, że ona nigdy nie poprosiła o więcej, że nie próbuje jakoś inaczej zdefiniować tego, co ich łączy.

Chłopiec trzyma ją za rękę, gdy pokazuje jej najwspanialsze cuda przyrody. Na zajęciach piszą do siebie na karteczkach i chichoczą, nie przejmując się, że naprawdę tak nie wypada. Może niewiele się odzywają, ale kiedy chowają się przed wszystkimi w zapomnianych zakamarkach na najwyższych piętrach zamku, jedno drugiemu poświęca całą uwagę – i nie mogłoby być inaczej, to jasne jak słońce. Problem tylko w tym, że ona skończyła już piętnaście lat, a to ma pewne przykre konsekwencje.

Dziewczyna nie wie, czy do niego dociera, co inni szepczą na ich temat, i czy chłopiec nie ma pojęcia, co takie szepty znaczą, czy też po prostu go to nie obchodzi. Sama jednak słyszy wszystko i zaczyna się zastanawiać. Każdy, rzecz jasna, jest pewien, że ona i on są parą, a niektórzy posuwają się nawet do bardziej nieprzyzwoitych posądzeń. Sposób na to wypraktykowała jednak dawno: ludzkie szepty należy ignorować. Ona już wie, że ludzie potrafią każdą znajomość od razu zaszufladkować.

Myśli o tym, jak w jego roziskrzonych oczach odbija się cały świat. Dla niego mogłaby umrzeć, w jednej chwili, niechby tylko poprosił. Zdawałoby się to przerażające, ale wcale takie nie jest, wręcz przeciwnie – to oczywiste jak fakt, że po nocy wstaje dzień. Zresztą to przecież musi być romantyczne, gdy przeznaczenie połączy dwoje ludzi tak jak ich. Dziewczyna próbuje zatem fantazjować, jak by to było, gdyby na przykład… Gdyby pocałować go pod drzewem nieśmiałków, czy podobałoby jej się to… Ale nie potrafi. Nie potrafi sobie wyobrazić, że on mógłby tego chcieć – ani nie mieści jej się w głowie, że może sama by tego chciała.

I tak jednak są jak dwie połówki pomarańczy, jak planeta i księżyc orbitujące wokół wspólnego środka masy. Dziewczyna nie pojmuje tego uczucia, ale może tak właśnie wygląda miłość – bo nigdy się z czymś takim nie spotkała, dopóki nie poznała tego chłopca.

Trzyma go więc za rękę i nie dba o to, czy ktoś patrzy, bo co by o nich nie mówić – ich miejsce jest obok siebie.

Coś ich łączy, cokolwiek to jest, a dziewczyna przypuszcza, że musi to być miłość. Bo przecież gdyby uznać, że on nie jest jej adoratorem, należałoby powiedzieć, że jest dla niej zupełnie jak brat, a tej myśli by nie zniosła. Skrobie zatem “N+L” na spodzie blatu i chowa głęboko na dnie serca to dziwne coś, co jest między nimi. Wie, że jak by tego nie nazywać – jest to wieczne.

I tego się trzyma.

Author
Categories

Posted
Comments None

(“James Potter and the Crimson Thread” – G. Norman Lippert)

Znów przeniósł wzrok na dziewczynę. Nie potrafił przyjąć jej punktu widzenia do wiadomości.

- A jeśli się mylisz?

Jej spojrzenie stwardniało.

- Nie mylę się. Czuję to. I wiem; jestem pewna.

Czy rzeczywiście? – przemknęło mu przez głowę. W jej słowach brzmiał jakiś upór, tak jakby próbowała przekonać i jego, i samą siebie.

- Musi być inny sposób – nie ustępował. Opadł na ławkę obok niej. Wrócił spojrzeniem do śpiącej Izzy – dziewczynka leżała plecami do Jamesa, oddychała powoli i głęboko, a zachodzące słońce barwiło jej blond włosy na jasny brąz.

- Nie ma innego – odparła beznamiętnie Petra. – Nie mogę tu zostać. Nie mogę dać się tu uwięzić. A przede wszystkim nie mogę tu umrzeć. To byłoby najgorsze. Gdyby tak się stało… – Westchnęła; oczy jej się zaszkliły. Zaczęła obracać w palcach przedmiot, który leżał obok niej na ławce, potem położyła go na okładce trzymanej na kolanach księgi i przykryła obiema dłońmi.

- To znaczy – James wolał nawet o tym nie myśleć – że gdybyś w obu wcieleniach umarła tutaj, w tym świecie, to już w ogóle nie dałoby się go naprawić?

Przytaknęła, a po chwili pokręciła głową. – To byłaby katastrofa. Nie tylko dla naszego świata, w którym byłyby już dwie Petry, ale i dla tego drugiego, gdzie nie byłoby żadnej. Skąd możemy wiedzieć, czym to grozi? Może reakcją łańcuchową i rozpadem wszystkich wszechświatów w całym uniwersum? – Jej twarz stężała. – I dlatego nikomu nie pozwolę się powstrzymać. Choćby nie wiem co. Nie dam się tu uwięzić. I nie mogę tu umrzeć.

- Dlatego zrobiłaś ten horkruks. – James spojrzał na przedmiot w dłoni Petry i z trudem przełknął ślinę.

Podążyła za jego wzrokiem i odsłoniła sztylet. Ciemne ostrze zalśniło. Wysadzana klejnotami rękojeść wyglądała koszmarnie tandetnie. Petra wyraźnie wstydziła się, że stworzyła coś takiego, jednak nie wzdragała się go używać. James zrozumiał, że dla niej to tylko konieczne narzędzie, gwarancja powodzenia misji, a koszty się nie liczą.

- Teraz jestem Morgan – powiedziała, a wyglądało to, jakby mówiła do sztyletu. – Nie mam nic do stracenia. I nie mam po co żyć.

James nawet nie dopuszczał do siebie tej myśli, całym sercem buntował się przeciw niej. Energicznie potrząsnął głową.

- Może Odin-Vannowi się nie uda. Nie da rady przygotować Gobelinu w Krypcie Przeznaczenia, albo nawet nie da rady dostać się do środka. Albo czary mu nie zadziałają. I co wtedy?

- Zadziałają, James. – Zerknęła na niego; w jej głosie usłyszał jakby żal. – I nie tylko Don mi pomaga.

Zaskoczyła go. Obrócił się natychmiast.

- Jak to nie tylko? Kto jeszcze oprócz Odin-Vanna ci pomaga? – wypalił, nim zorientował się – to było irytujące i trochę głupie – że przemawia przez niego zazdrość.

- Nieważne – odparła Petra, nie patrząc mu w oczy.

- Dla mnie ważne – naciskał James – bo chyba przynajmniej powinienem wiedzieć, kto dla uratowania świata pomoże pozbyć się dziewczyny, którą…

Ledwie się powstrzymał i nie powiedział na głos ostatniego słowa – dziewczyny, którą kocham. Petra tymczasem wstała, w lewej ręce trzymając księgę, a sztylet-horkruks w prawej.

- Przecież ktoś mi musi pomagać, James – odparła cicho, odwrócona do niego plecami – i chociaż chciałbyś sam mi pomóc, tak być nie może. Z przyczyn, których nie mogę ci wyjawić. A zresztą, szczerze mówiąc, chyba nie muszę ci się tłumaczyć.

Obejrzała się przez ramię i rzuciła mu spojrzenie – jakby wyzywające, choć mogła to też być niema prośba, by dał sobie spokój. James jednak również wstał.

- Kto?

Zapatrzyła się na jezioro, nic nie mówiąc. Słońce wisiało wciąż na tej samej wysokości, tuż pod koronami drzew, a James zrozumiał: ono nie zachodziło, a tkwiło tam unieruchomione. Porzucona przez czas chwila trwała bez końca, jak zamrożona, jeśli nie liczyć plusku fal i cichego poszumu wiatru.

- Kto to jest? – powtórzył. Tym razem odważył się podnieść głos.

- To Albus – odparła, obracając się, ale nie patrząc na niego. – W porządku?

- Albus? – zdziwił się James. Był pewien, że się przesłyszał. Nie drgnęła, czekała tylko na jego reakcję, więc nie było mowy o pomyłce. Przemknęły mu przez głowę wspomnienia: na początku roku szkolnego, pierwszego wieczoru, kiedy spotkali się w Komnacie Potrzeby, Albus był podejrzanie milczący, gdy mówili o Petrze, aż ktoś zaczął się zastanawiać, czy to faktycznie Petra włamała się do Składnicy Zakazanych Ksiąg i Ruchomości. To ona, powiedział wtedy z dziwnym przekonaniem. Zatem wiedział. Czy Petra spotkała się z nim już wcześniej? Czy wtajemniczyła go całe miesiące przed tym, nim w ogóle raczyła poinformować Jamesa? I co gorsza – czy w ogóle by mu się przyznała do swoich planów, gdyby nie przeniósł się do niej z pomocą wstęgi łączącej ich mocy, jak to właśnie zrobił?

- Poważnie? Albus? – wykrzyknął. Izzy drgnęła i zamruczała przez sen.

- Jak się nad tym zastanowić, to nic dziwnego. – Petra uniosła głowę, ale nie spojrzała mu w oczy. – Zaprzyjaźniliśmy się tego lata, kiedy razem z Izzy mieszkałyśmy u twojej rodziny. Nawet sobie nie zdajesz sprawy, ile nas łączy.

- Jasne, Albus też tak mówi – skwitował drwiąco. – Po prostu nie miałem pojęcia, że się dogadujecie. No proszę. Czyli nie ma problemu, tak? Skoro to mój własny brat z tobą pracuje, żeby cię posłać w jakiś cholerny inny wymiar.

- I nie tylko on – powiedziała cicho. Tak jakby zdecydowała się wyznać Jamesowi całą prawdę.

- Tak, pewnie – odparł kwaśno i machnął ręką. – Poza tym Don, twój stary kumpel od serca, z którym się znaliście jeszcze zanim ja w ogóle wystąpiłem w tej historii.

- Prócz Dona jest jeszcze ktoś – dodała przekornie. Mówiła jednak nieśmiało i bardzo cicho.

- Niby kto? – spytał ostro i zrobił krok w jej stronę.

Uniosła głowę i odwróciła się do niego, a jej usta zacisnęły się w wąską linię; nie odwracała już wzroku. Nie odpowiedziała, ale tym razem pozwoliła mu czytać ze swojej twarzy, by mógł domyślić się prawdy.

Inne wspomnienie zjawiło się nieproszone w umyśle Jamesa. Nie należało do niego, ale do Petry; nadała je do niego na częstotliwości ich sekretnego połączenia. Czyjś wysoki głos, natarczywy i nienawistny, szeptał zapamiętale w jej głowie:

- Musisz ustąpić! Liczy się tylko władza. Albo pogodzisz się ze swoim przeznaczeniem, albo próbując z nim walczyć, zginiesz. Nie masz w sobie dobra. Dobro… NIE ISTNIEJE!

Ramionami Jamesa wstrząsnął gwałtowny dreszcz. Słyszał już raz tę ohydną mowę, ociekającą nienawiścią; rozpoznał ją natychmiast. Wtedy ten syczący, pełen jadu głos dobiegał ze zniszczonego malowidła. Teraz rozlegał się w mrocznych zakamarkach umysłu Petry – to odzywało się przeklęte Dziedzictwo, ostatni fragment podzielonej duszy samego Lorda Voldemorta. Choć Voldemort już dawno nie żył, jego myśli wciąż snuły się w sercu dziewczyny jak trujący dym.

Po raz pierwszy James w pełni zrozumiał potworne implikacje połączenia między obiema tożsamościami Petry. Była Dziedziczką, a jednocześnie reprezentowała Purpurową Nić. Oba tytuły w gruncie rzeczy oznaczały jedno: szkarłatny wektor wskazujący jedno przerażające, nieuniknione przeznaczenie.

- Czy ty… – ściszył głos do szeptu. – Ty… go słuchasz?

- Nie słucham – odparła, patrząc na niego wyzywająco – ale go wykorzystuję. Jest w nim moc. I coś… Coś jeszcze, czego teraz bardzo potrzebuję.

- Zło? – podsunął James. Wcale nie żartował.

Petra pokręciła przecząco głową i znów odwróciła wzrok.

- Przekonanie. Jestem rozdarta, James, nie dostrzegasz tego? Rozdarta między tym, co muszę zrobić, a tym, czego najbardziej pragnie moje serce. Potrzebuję przekonania, a właśnie w tej części mnie jest przekonanie. Przyciągająca jak magnes mroczna siła. Pomaga mi pozostać na ścieżce, którą muszę iść.

Po prostu gapił się na nią, nie wiedząc, jak ubrać w słowa jakikolwiek sensowny komentarz. Myliła się, i to pod tyloma względami, że nawet nie miał pojęcia, od czego zacząć. Gorączkowo przetrząsał umysł, ale nie znalazł żadnego punktu zaczepienia, więc w końcu powiedział pierwsze, co przyszło mu na myśl.

- Ale tym głosem mówi nienawiść, Petra. Racja nigdy nie jest po stronie nienawiści. Musi przemówić inny głos, taki, który jest naprawdę twój.

Nie drgnęła. Stała nieruchomo na ognistym tle zatrzymanego zachodu słońca, z zakazaną księgą pod pachą i sztyletem-horkruksem w dłoni. Po długiej chwili wolno wzruszyła ramionami i pokręciła głową, jakby doszła do tej samej ponurej konkluzji, do której dochodziła już setki razy.

- Nie ma innego głosu, James – odparła tak prozaicznie, że aż przerażająco. – Inny głos zamilkł, kiedy umarła tamta Petra.

Wyciągnął rękę, wyjął jej ciężką księgę spod pachy i nie patrząc na okładkę, odłożył na ławkę. Obrócił dziewczynę do siebie, ale nie uniosła wzroku, nawet na niego nie spojrzała. Trzymała sztylet-horkruks za plecami – jakby się bała, że James spróbuje go jej odebrać. Albo jakby chciała go nim dźgnąć.

- Nie do wiary – powiedział, kładąc dłonie na jej ramionach. – Przecież jesteś dobra. Dobro to nie jest jakiś mit, przynajmniej póki się w nie wierzy.

Petra pochyliła się w stronę Jamesa, pozwalając wziąć się w ramiona; oparła się czołem o jego szyję. Nie odwzajemniła uścisku, ale chłonęła jego dotyk, tak jakby – choć spragniona czułości – nie chciała o nią prosić. Stali tak przez jakiś czas, ogrzewani niegasnącym blaskiem słońca, zasłuchani w chlupot fal uderzających rytmicznie o pomost i w cichy, powolny rytm oddechu śpiącej obok Izzy. Mogła minąć tylko chwila, a może spędzili tak całą godzinę – James nie miał pojęcia, cieszył się tylko trwającym wiecznie momentem bliskości. Wreszcie dziewczyna drgnęła, powolnym ruchem objęła go w talii i przyciągnęła do siebie, po czym uniosła się na palcach. Pochylił głowę, gdy otworzyła usta, myśląc, że Petra chce mu coś szepnąć. Tymczasem…

Pocałowała go.

Nie przepłynęła między nimi w cudowny sposób żadna moc, nie przeskoczyła oślepiająca iskra zaklęcia. Pełen wyrazu dotyk jej ust, cudownie ciepłych i delikatnych warg, był czymś do bólu zwyczajnym. A mimo to…

Mimo to James nigdy jeszcze nie przeżył takiej chwili pierwotnej magii w najczystszej postaci. Zapomniał, kim jest. Czuł się tak, jakby serce rozrosło mu się na całe ciało, wypierając wszystkie świadome, racjonalne myśli.

A potem, choć upłynęła ledwie sekunda – a może minęło im tak całe życie? – Petra odsunęła się odrobinę i stanęli twarzą w twarz blisko siebie, a w jej spojrzeniu kryła się melancholia.

- To była nasza pierwsza i ostatnia kłótnia kochanków, James – powiedziała markotnie. – Wiesz o tym?

Wpatrzonemu w nią Jamesowi wręcz odebrało mowę. Pragnął tylko pocałować ją ponownie, ewentualnie by świat w tym momencie przestał istnieć, żeby jej pocałunek pozostał jego ostatnim wspomnieniem. Odparł w końcu:

- Nie. Czy to teraz, to było… na zgodę?

Uśmiechnęła się tajemniczo i potrząsnęła głową.

- To dlatego, że jesteś zazdrosny o Dona. To tylko mój przyjaciel. Zawsze był i mógłby być tylko przyjacielem. Jest inny niż ty. A twoja zazdrość… jest naprawdę słodka. I urocza.

James poczuł, że się rumieni. Wiedział, że ona to widzi, ale nie było mu wstyd.

- Nie odchodź, Petra – poprosił. Słowa wyrwały mu się, nim zdołał je powstrzymać. I nie musiał nic więcej mówić. W końcu nie było takiej rzeczy na świecie, której chciałby bardziej. Bez względu na cenę i konsekwencje.

Zamknęła oczy. Jej twarz na parę sekund wykrzywił grymas bólu, jakby stoczyła jakąś tytaniczną wewnętrzną walkę. Potem zesztywniała na moment, a gdy znów na niego spojrzała, nie była już taka sama.

James zadygotał i szarpnął się, ale Petra trzymała go mocno. Znów wpatrywała się w niego, lecz jej oczy płonęły teraz czerwonym blaskiem. Źrenice, niczym w oczach węża, zwęziły się do wąskich szparek.

- Nie chcę odchodzić, James – wyszeptała z naciskiem. Emanowała z niej pewność siebie, a w głosie płonął zimny ogień. – Ale nie utrudniaj tego jeszcze bardziej. Już cię ostrzegałam. Nie próbuj mnie powstrzymać. Nikt nie może mnie powstrzymać.

- Petra… – wychrypiał. Przerażenie ścisnęło mu gardło i z trudem wydobywał głos. Petra wciąż trzymała go w uścisku – nie wiedział, czy go tylko obejmuje, czy właśnie próbuje udusić.

- Kocham cię, James – powiedziała. Jej oddech palił go mrozem w twarz, ale jeszcze bardziej zmroziła go desperacja w jej głosie. To nie brzmiało jak słowa kochającej młodej kobiety. To było epitafium i końcowa inskrypcja przypieczętowana pocałunkiem, pierwszym i ostatnim – jednym, który miał wystarczyć za wszystkie.

Ciemność nagle zasnuła niebo. Pogrążyła w mroku jezioro, a słońce zniknęło jak zdmuchnięte; Jamesa i Petrę wchłonęła nieprzenikniona czerń. Spadał już, odlatywał w otchłań snu, lecz wciąż czuł, że dziewczyna nie wypuszcza go z objęć, a głuche echo jej ostatnich słów łomotało mu w głowie jak żałobny dźwięk dzwonu, przejmujący chłodem niczym dotknięcie śniegowej zmarzliny.

Author
Categories

← Older Newer →