Bez zbędnych słów - fragment

Posted
Comments None

(“Without the Words” – blatheringbluejay)

Pani Scamander aż otworzyła szeroko oczy ze zdumienia. – No proszę – rzekła, a w tym krótkim zdaniu zdołała zawrzeć całą konstatację. A potem – rzecz zdumiewająca – jej rysy rozświetlił delikatny uśmiech. – Wygląda na to, że Newt w końcu znalazł pokrewną duszę.

Tina nie bardzo wiedziała, co na to powiedzieć – nie spodziewała się wcale, że jej tyradę kobieta skwituje uśmiechem, zamiast na przykład wszcząć kłótnię. Postawiła sobie zatem talerz na kubku z kawą i wstała.

- Może zjem śniadanie na zewnątrz – rzuciła, podeszła do drzwi wyjściowych i nawet nie zadając sobie trudu, by się obejrzeć, otworzyła je pchnięciem i wyszła.

Dzień wcześniej, gdy przyjechali, wypatrzyła przy ścieżce koło domu ławeczkę z widokiem na klify i ocean, ruszyła więc w jej kierunku z nadzieją na chwilę na osobności. Lubiła patrzeć na morze – oglądanie toczących się fal miało w sobie coś uspokajającego. I stanęła jak wryta, widząc, że ławeczka jest już zajęta – stopy oparłszy na kamieniu, rozsiadł się na niej wygodnie Tezeusz, który trzymał w dłoniach parujący kubek. Nie chcąc mu przeszkadzać, zawróciła po cichu i zamierzała odejść, ale zdążył ją dostrzec.

- Tina! – zawołał wesoło; przesunął się odrobinę i wyprostował, robiąc na ławce więcej miejsca. – Chodź, przysiądź się.

Mogłaby pewnie odrzucić zaproszenie, ale było widać, że właśnie w jego kierunku zmierza. Udawanie, że nagle zmieniła zdanie, wyglądałoby dziwnie, zatem z niewesołym uśmiechem ruszyła dalej ścieżką. Właściwie chciała pobyć sama, jednakże w zachowaniu Tezeusza – którego jeszcze słabo znała – nie było nic, co sprawiałoby, żeby mogła nie mieć ochoty na jego towarzystwo, założyła więc, że nie okaże się nieznośny.

Usiadła obok niego, ostrożnie stawiając kubek z kawą i talerz na podłokietniku ławki. Gdy zerknęła w bok, zobaczyła, że Tezeusz badawczo jej się przygląda.

- Wszystko w porządku? – spytał, a potem zmarszczył brwi i nie czekając na odpowiedź, dodał: – Nie wzięłaś płaszcza?

Aj! Faktycznie. Do tego kiedy już nie dodawały jej wigoru wzburzenie i szybki marsz, chłodna bryza znad klifów zaczęła dawać jej się we znaki.

- Żaden problem – skłamała.

Tezeusz najwyraźniej jej nie uwierzył. Zadrżała nagle i pewnie to również nie uwiarygodniło jej zapewnienia. – Masz – powiedział i odstawił kawę, by zrzucić z siebie płaszcz. – Załóż mój.

- Nie trzeba, naprawdę… – zaprotestowała, ale uciszył ją jednym spojrzeniem.

- Sam mój sweter jest dość ciepły, zresztą zaraz wracam do środka. Jak tu przyszłaś, a o włożeniu płaszcza nawet nie pomyślałaś, to pewnie wcale nie jest ci śpieszno po niego wracać, więc proszę. – Z tymi słowy wstał i ściągnął płaszcz do końca, by jej go podać. – Nalegam.

- Dzięki – odparła. Również wstała, wsunęła ręce w długie rękawy i owinęła się ciasno płaszczem. Czuła się nieco niezręcznie. Opatulenie się materiałem lekko pachnącym płynem po goleniu mężczyzny, którego miała okazję poznać tylko pobieżnie, było dziwnym i raczej dyskomfortowym doznaniem – niczym awersja, jaką czuje się w hotelu na myśl o przyłożeniu twarzy do prześcieradła, na którym spał ktoś inny. Płaszcz był za to ciepły, od razu więc doceniła ochronę przed porannym chłodem, jaką dawała ciężka wełniana tkanina.

Usiadła, a po niej na ławce z powrotem rozsiadł się Tezeusz. Wziął znów w dłonie odstawiony kubek; gdy uniósł go do ust, dobiegła ją woń zawartości. Uniosła brwi.

- Kawa? – spytała.

- Wydajesz się zaskoczona – odparł z uśmiechem i ponownie odłożył kubek.

- Odkąd zawitałam do tego kraju, już tyle razy częstowano mnie herbatą, że nie spodziewałam się, żeby wasza mama w ogóle miała kawę, a co dopiero ją pijała. A już całkiem nie do pomyślenia wydawało się, że zobaczę z kawą również ciebie.

Tezeusz parsknął cicho.

- Newt też pija kawę, wiesz? – Widząc jej pełne niedowierzania spojrzenie, szeroko się uśmiechnął. – Och, tak, jeśli ma wybór, to preferuje herbatę, jak na angielskiego dżentelmena przystało, a kawy raczej nie pije czarnej – wolałby taką, jaką parzą we Włoszech albo we Francji, czyli mocną, ale z gorącym mlekiem. I czasem z cukrem – taki z niego łasuch.

To ostatnie już zauważyła, ale jego skłonność do picia kawy była dla niej nowością.

- W Nowym Jorku ani razu nie pił kawy – przypomniała sobie na głos. – Pomyślałam, że jej po prostu nie lubi.

- Aha – skwitował Tezeusz. Na chwilę uniósł kubek i łyknął odrobinę. – To dlatego, że amerykańska kawa to gówno.

- Proszę? – wykrztusiła, nie przełknąwszy nawet do końca malinowego ciasteczka, bo ze wzburzenia aż zapomniała o manierach. Tezeusz wyszczerzył zęby w uśmiechu.

- Zawsze jakimś cudem jest jednocześnie za słaba i za gorzka. Nie mam pojęcia, jak wam się to udaje. Trudno się jednak dziwić, bo podobnie potraficie zepsuć również herbatę.

Tina uniosła wzrok znad śniadania i spiorunowała go spojrzeniem.

- Kazałeś mi się przysiąść tylko po to, żeby obrażać mój kraj?

- Nie! – parsknął. – Może poczujesz się lepiej, gdy cię zapewnię, że jeśli chodzi o kawę, to Angole są jeszcze gorsi. Mój kraj, jak się zdaje, zapałał gorącym uczuciem do tego rozpuszczalnego paskudztwa, którym się z nami podzieliliście podczas wojny, ale u nas nawet o przyrządzonej z pomocą magii filiżance świeżo palonej kawy ziarnistej nie da się powiedzieć, że smakuje jak należy. Jakbyśmy nie opanowali do końca koniecznych zaklęć. Pewnie dlatego, że jesteśmy rozmiłowani w herbacie, a całkiem porządną kawę robią nam skrzaty domowe w Hogwarcie. Poza tym na dobrą kawę możemy jednak liczyć chyba tylko wtedy, kiedy jest robiona na mugolskie sposoby. W każdym razie mama gustuje w kawie, więc Newt zawsze stara się przywozić z podróży najlepsze ziarna.

- Bardzo dobra – przyznała Tina, gdy upiła łyczek. Nagle jednak zmarszczyła brwi, bo w pełni uzmysłowiła sobie, co właśnie powiedział. – Tak ją lubi, a chciałaby, żeby Newt przestał podróżować?

Argument, rzecz jasna, był nieprzekonujący, ale wciąż czuła zdenerwowanie i gotowa była przyczepić się byle drobiazgu. Tezeusz aczkolwiek tylko wydął policzki i wypuścił ustami powietrze w uderzająco znajomy sposób. Nieczęsto tak wyraźnie było widać podobieństwo, jakie łączyło Newta z bratem.

- Wiesz… – zaczął, posyłając jej zmęczony uśmiech. – Zadałaś wielopoziomowe pytanie. – Dopił kawę, zostawiając tylko fusy. Pochylił się do przodu, oparł łokcie na kolanach i zaczął bawić się pustym kubkiem. – Mama kocha Newta…

- Każdy tak powie – ucięła Tina. – Niemniej jednak po tym zdaniu zwykle następuje jakieś “tylko że”.

- Tylko że – Tezeusz spojrzał na nią znacząco – ona się o niego martwi. Zawsze się martwiła, nawet kiedy jeszcze był małym chłopcem. Sam też się o niego martwię. Newt jest… – urwał i zmarszczył brwi, jakby szukał odpowiedniego słowa. – Krótko mówiąc, to po prostu Newt. On jest trochę… inny.

- Wasza mama też jest tego zdania, ale wiesz, to nic złego.

- Wiem – westchnął, pokiwał głową i spojrzał jej w oczy. – Szczególnie teraz zdaję sobie z tego sprawę. Dociera do mnie, że traktowałem brata nieuczciwie, podobnie jak i mama. Wiecznie nam przysparzał trosk – tym, jak ciężko mu zawierać przyjaźnie, swoim zainteresowaniem zwierzętami, no i tym, że prawie z każdym umie się poróżnić, szczególnie z tymi, którzy mają jakąś władzę. Jakoś jednak do nas nie dotarło, że to już dorosły mężczyzna, który potrafi sam o siebie zadbać – nie musimy robić tego za niego. Już nie jestem mu potrzebny. I chyba w ogóle nie byłem.

- Tezeuszu, jesteś jego bratem! – odparła karcąco Tina, choć patrzyła na niego ze współczuciem. – On cię potrzebuje, ale myślę, że chciałby mieć brata, a nie oficjela, z którym by się wadził.

Uśmiechnął się blado.

- To też już pojąłem.

- No cóż – westchnęła Tina. – Właściwie nie powinnam się wypowiadać, za to mogłabym posłuchać swojej własnej rady.

Przez chwilę mierzyli się spojrzeniem, a w tym spojrzeniu był ból i empatia; obopólne zrozumienie – tak w relacji między starszym rodzeństwem, jak i między dwojgiem aurorów. Ciężko było czasem jednocześnie występować w jednej i drugiej roli.

- To nie tak, że mama nie chce, żeby Newt podróżował – albo że ja nie chcę – przerwał chwilę ciszy Tezeusz. – Nie w tym rzecz. Chodzi o to, że Newt niezbyt chętnie dzieli się szczegółami swoich planów, o ile w ogóle napomknie, że gdzieś wyjeżdża. Najczęściej jak dokądś poleci za Merlin wie czym, to bywa, że napisanie, czy go długo nie będzie, to dla niego za dużo zachodu. Nie wiemy, czy on żyje, czy tylko jest ranny albo gdzieś siedzi w więzieniu. To o tym myśli mama, kiedy mówi, że chciałaby, żeby się ustatkował; to dlatego tak go naciska, żeby więcej z siebie dawał w ministerstwie. Wolałaby się orientować, gdzie go znaleźć, wiedzieć, że jest bezpieczny, no i żeby miał perspektywę kariery, po której da się spokojnie przejść na emeryturę. Dlatego się o niego martwi.

- Ja to rozumiem – przytaknęła – ale może zależałoby mu bardziej, gdybyś go o tym poinformował. Przez zrzędzenie, dezaprobatę i besztanie wydaje mu się, że postrzegasz go jako dziecko, które trzeba kontrolować i dyscyplinować. Założę się, że wystarczyłoby powiedzieć: “mów nam, czy u ciebie wszystko w porządku, bo martwimy się o ciebie”, a osiągnęłoby się dużo więcej niż reprymendami czy krytykowaniem. Wiem, że to potrafi być frustrujące, ale nie możesz oczekiwać, że przestanie go nosić za stworzeniami, którym trzeba pomóc. On taki już jest. Pójdzie szukać tego, co dla niego ważne, a zignoruje wszystko inne.

- Aaa, tak, wiem – odparł Tezeusz. Uniósł brwi i dodał: – Na przykład złamie nałożony na niego zakaz podróży zagranicznych, żeby wyruszyć do Paryża – na rozkaz Dumbledore’a, jak założyło ministerstwo. Chociaż pewnie więcej to miało wspólnego z odkryciem miejsca pobytu pewnej rozbisurmanionej amerykańskiej aurorki?

- Ja wcale… – Tina poczuła, że się rumieni. – Nie mam pojęcia, o czym mówisz.

- Hmm? – Tezeusz uśmiechnął się ironicznie. – Naturalnie. – Utkwił w niej spojrzenie, a w jego oczach widać było coś, czego nie umiała odczytać, lecz z twarzy nie schodził mu filuterny uśmiech. – No dobra – powiedział w końcu, szykując się, żeby wstać. – Ja wracam do środka. Jakbyś chciała szukać mojego brata, prawdopodobnie znajdziesz go w stajni. Kiedy tu przyjeżdża, większość czasu spędza właśnie tam. – Zerknął na swój pusty kubek i wyszczerzył zęby. – Trzymaj – powiedział, machnięciami różdżki przywołując kawę, mleko i cukier do naczynia, gdzie gorący napój natychmiast zaczął parować. – Jak go znajdziesz, daj mu to. Kiedy go dzisiaj widziałem, wyglądał koszmarnie, tak że pewnie doceni.

Na moment zwiesiła głowę na wspomnienie wydarzeń wczorajszego wieczoru.

- No tak – odparła tylko, biorąc w dłonie kubek. – Dzięki.

Tezeusz, jak na opanowanego aurora w każdym calu przystało, nadal nie spuszczał z niej czujnego spojrzenia.

- Tina, chciałbym, żebyś nie pomyślała sobie teraz, że może bronię Newta, albo że popieram wszystko, co on robi – ani nie bronię, ani nie popieram. My, Scamanderowie, naprawdę potrafimy czasem zrobić z siebie idiotów; jestem pewien, że twoje podkrążone oczy to przynajmniej częściowo jego wina – może nawet wyłącznie jego. Sądzę jednak, że zaniedbałbym swoje braterskie obowiązki, gdybyśmy nie odbyli tej rozmowy.

Popatrzyła na niego pytająco.

- To znaczy jakiej?

Tezeusz westchnął głęboko i na moment zapatrzył się w dal, nim ponownie zwrócił wzrok na nią.

- Wyraźnie widać, że Newt ma o tobie jak najlepsze zdanie. Wiesz, to może nie jest żelazna reguła, ale my mało komu spoza rodziny dajemy zaklęcie pozwalające na wstęp na teren posiadłości. To bardzo wiele mówi, że Newt ci je od razu zaoferował. Chcę tylko, byś była świadoma, że on jest zwykle szczerze oddany tym, których uważa za przyjaciół. Aż do przesady, można by rzec. – Patrząc na nią przenikliwie, dodał: – Nigdy tego nie wykorzystuj, proszę.

- Albo będę musiała odpowiedzieć przed tobą?

- Owszem, pewnie taka miała być konkluzja niniejszej konwersacji – odparł; uśmiechnął się lekko, a jego oczy złagodniały. – Nie znamy się za dobrze – ciągnął – ale o ile mi wiadomo, nie będzie z tym problemu.

- Wiesz, niczego takiego nie planuję i nie zrobię. Przynajmniej celowo.

- W porządku – skwitował. Wzdrygnął się lekko i roztarł dłonie, aby je ogrzać. – I z tym cię zostawię.

Odwrócił się ku domowi, szykując się do odejścia.

- Tezeuszu? – odezwała się cicho, nim zdążył się oddalić; oglądnął się. – Naprawdę przykro mi z powodu Lety. Przez to całe zamieszanie i wszystko, co zrobiła moja siostra, nic wcześniej nie powiedziałam, ale… przykro mi.

– Mnie też – westchnął, uśmiechając się niewesoło. – Dziękuję. – Na moment zamilkł, potem wcisnął ręce do kieszeni i spuścił głowę. – Zorganizuję później małą ceremonię. Mama uważa, że pewnie pomoże mi to… zaakceptować sytuację. Tylko dla rodziny, nic wielkiego – dodał i uniósł wzrok. – Chciałbym, żebyś przyszła, jeśli nie masz nic przeciwko. Newt na pewno też by chciał.

Poczuła niespodziewane wzruszenie, słysząc sugestię, że zalicza się ją w poczet rodziny.

- Och… Oczywiście.

Kiwnął głową i jeszcze raz uśmiechnął się do niej blado, nim odwrócił się, by ruszyć w stronę domu. Tina przez chwilę analizowała w myślach jego słowa. Wyraz twarzy, jaki miał Tezeusz, gdy obserwował, jak na moście w Hogwarcie Newt rozmawia z Dumbledore’em, był tym samym wyrazem, który widziała przed chwilą. Czy Dumbledore wykorzystał lojalność Newta? Nie znała profesora wystarczająco, by wiedzieć; Newt najwyraźniej darzył go szacunkiem, a wiedziała, że przyjaciel jest spostrzegawczy i niemożliwe, żeby się w ogóle nie zorientował, że się nim manipuluje. Uznała jednak, że musi mieć oko na Dumbledore’a, jeśli znów go spotka.

Zastanawiała się – nie pierwszy raz zresztą – co takiego wydarzyło się między Newtem a Letą. Jak już wiedziała, niepotrzebnie była zazdrosna o Letę, która jednak kiedyś wiele dla Newta znaczyła; zawsze gdy Newt wspominał Letę, zdawało się, że mówienie o niej sprawia mu ból. Czy ona go jakoś wykorzystała? Tina wątpiła, by sprawa była aż tak prosta, inaczej – jak mogła domniemywać po uprzejmym ostrzeżeniu, które przed chwilą dostała – Tezeusz po prostu nie planowałby się z nią żenić. Newt nie wyjaśnił jej, czemu po ukończeniu szkoły on i Leta nie byli sobie tak bliscy jak wcześniej, a Tina nie chciała o to pytać. Musiała przyznać, że po trosze wcale już nie ma ochoty się dowiedzieć, jak bardzo się z Letą do siebie zbliżyli, zresztą głupio byłoby czegoś komuś zazdrościć, wiedząc, że to już przeszłość. Samo to, jak wczoraj Newt na nią patrzył, gdy wieczorem w zachodzącym słońcu stali razem na polu, powinno było w zupełności wystarczyć, by przestało jej się wydawać, że chemia między nimi jest tylko jej złudzeniem. Pragnęła już wyzbyć się wątpliwości na jego temat, tylko od dawnych obaw ciężko było jej się całkiem uwolnić.

Westchnęła, podniosła się z ławki i zwróciła wzrok w kierunku stajni. Już raczej nie kwestionowała uczuć Newta, ale i tak po tym, co zaszło między nimi wieczorem, zdecydowanie musieli porozmawiać.

Author
Categories

Comments

Commenting is closed for this article.

← Older Newer →