James Potter i Purpurowa Nić - epilog

Posted
Comments None

(“James Potter and the Crimson Thread” – G. Norman Lippert)

Jak się okazało, nie był to jeszcze koniec tej historii.

James już od ponad roku piastował stanowisko dyrektora szkoły i to właśnie wtedy zawładnęła nim pewna myśl. Było to podobnie frapujące jak historie, które chodziły mu po głowie w dniach poprzedzających noc Zagadki Trzech Szóstek i jego nagłą utratę pamięci. Tym razem jednak – tego James był pewien – nie wchodziło w grę żadne zaangażowanie sił z innego wymiaru. Przede wszystkim bowiem zdarzyło mu się w siódmej klasie spędzić ferie z Millie Vandergriff, więc na długo zapadło mu w pamięć, jak gościł na świątecznym obiedzie i rozmawiał z jej babką, hrabiną Euniką Vandergriff, która – zadziwiająca rzecz – wciąż żyła i była w świetnej formie, przynajmniej w metaforycznym sensie. Szczerze mówiąc, James nie sądził, by hrabina kiedykolwiek zniżała się do czegoś takiego jak dbanie o formę fizyczną. Nawet gdy była jeszcze młodą kobietą, co pewnie miało miejsce w okolicy początku zeszłego stulecia.

Dokładnie zapamiętał ich rozmowę o znaczeniu Domu Blacków. Hrabina twierdziła, że to nie tylko posiadanie ziemi i tytułu. I że to coś więcej niż zwykłe nazwisko. Kolor z nazwiska Blacków coś oznaczał. Wiązał się z ochroną i kierowaniem pewną znaną ludzkości żywiołową siłą – na przykład baronowie Greene kiedyś zawiadywali siłami zazdrości i ambicji, markiz Rose zaś nadzorował gamę kapryśnych i nieobliczalnych emocji związanych z miłością. Hrabina nie chciała mu jednak powiedzieć, czym zajmował się Dom Blacków. Ewentualnie nie miała takiej możliwości.

Może sama nie wiedziała? Albo nie pamiętała…

Koncept ten chodził mu po głowie na przestrzeni lat – ot, taka sobie osobliwość; coś, co w przypływie ciekawości mógłby kiedyś zbadać, gdyby miał na to czas i ochotę.

A później dziwne sny zaczęły się na całego.

Ściśle rzecz biorąc, nie były to sny – raczej jakaś nie do końca określona nagląca potrzeba, coś jak echo wołania bliskiej osoby w opresji; jakby przypomnienie sobie o ważnym spotkaniu, które nie daje spokoju. Nawet za dnia, w gabinecie czy przy stole nauczycieli, podczas posiłków, zdarzało się, że Jamesa ogarniała nagle niesprecyzowana panika, jakby znów był uczniem. Jakby właśnie, będąc nerwowym pierwszoroczniakiem, zbudził się i zorientował, że już zaczęły się zajęcia, czy też właśnie rozpoczyna się egzamin, a on ma już tylko chwilę, żeby narzucić na siebie szaty i pognać ze zmierzwionymi włosami, nie zawiązując nawet butów, do drzwi klasy, zanim ktoś je przed nim zamknie, zaś Jamesa, spóźnionego, czekać będzie nieuchronna porażka, bo nikt już go nie wpuści.

Nie miał pojęcia, co się za tym wszystkim kryje. Wiedział jedynie, że ma to coś wspólnego z niejasnymi sugestiami hrabiny Vandergriff, że pewnego dnia James odziedziczy pradawny tytuł i że nazwisko Black ma ukryte znaczenie; sugestiami o odpowiedzialności, która wiązała się z przejęciem pieczy za coś starodawnego i fundamentalnego.

Rozwiązanie zagadki nadeszło z najmniej spodziewanej strony.

- Mógłbyś się wybrać na Grimmauld Place – westchnął któryś z dyrektorów ze swojego portretu.

James w pierwszej chwili nie zorientował się, kto przemówił. Spędzał ten późny jesienny wieczór nad książką, siedząc w gabinecie, lecz tak naprawdę czytał jedną i tę samą linijkę w kółko. Umysł miał rozkojarzony złudną acz palącą koniecznością działania, nie było zatem szans ani na sen, ani na koncentrację. Poirytowany, zerknął w stronę portretów dyrektorów i spytał:

- Kto to powiedział?

- Ja – wycedził powoli zawieszony wysoko w zakurzonym kącie portret. James zmrużył oczy i zajrzał w ciemność – nosowy głos należał do Fineasa Nigellusa, a James nie pamiętał, czy dotąd usłyszał od niego choć słowo, lecz jak sobie przypominał, przebiegły stary dyrektor odwiedzał czasem ramy swojego portretu w majątku Blacków, wbił więc wzrok w portret i rzucił:

- Dlaczego miałbym odwiedzać Grimmauld Place?

- Bo wyraźnie jesteś wzburzony, i to na tyle, że tutaj prawie żadnego pożytku z ciebie nie będzie. Znam te objawy. Udaj się tam, a nam oszczędź tych jęków i westchnień.

- Ale czemu tam? – próbował drążyć temat James. Fineas Nigellus skrzyżował jednak tylko ramiona i odchylił się do tyłu, a po jego twarzy przebiegł surowy grymas.

- Jak mi się zdaje, nie wyciągniesz z niego więcej informacji – skomentował Dumbledore, zerkając w górę z ram swojego portretu. – Spodziewam się jednak, że jego porada, choć symboliczna, może okazać się w twoim obecnym stanie pomocna.

- Wiesz coś o tym? – spytał James, spoglądając na wiszący obok portret.

- Wiem tylko, że jesteśmy zobowiązani na wszelkie sposoby służyć obejmującemu stanowisko dyrektora pomocą, kierując się tym, co wiemy z perspektywy naszych doświadczeń – rzekł enigmatycznie Dumbledore, wzruszając ramionami. – Całkiem możliwe, że perspektywa Fineasa Nigellusa jest jedyna w swoim rodzaju.

Z zasnutego pajęczynami kąta Nigellusa rozległo się wyniosłe chrząknięcie. Severus Snape na portrecie nadal udawał, że śpi, co jednak nie wyglądało przekonująco.

- Ruszajże! – prychnęła kobieta z jednego z portretów. Głos miała piskliwy, a akcent ewidentnie szkocki. – Ja tam już ani minuty dłużej patrzeć nie mogę, jak na tę przeklętą księgę zezujesz i ciągle nad tą samą stroną wzdychasz.

Odruchowo przytaknął. Nawet jeśli dawni dyrektorzy i dyrektorka nie mieli pojęcia, o czym mówią, to przydałaby się mała wycieczka, żeby ochłodzić rozgrzaną głowę. Poza tym nie zaglądał na Grimmauld Place od lat.

Wyruszył jeszcze tego samego wieczora.

Jak świetnie wiedział, nie miał możliwości teleportowania się z Hogwartu, nawet jako dyrektor – wyjąwszy czas egzaminów, gdy restrykcje tymczasowo znoszono. Włożył zatem płaszcz, nasunął nową czarną tiarę na głowę i dziarsko wymaszerował z gabinetu, pozwalając skrzypiącym drzwiom zatrzasnąć się za nim.

Pomimo braku kogoś, kto jak Argus Filch czy Pani Norris mógłby na terenach szkoły siać postrach wśród krnąbrnych uczniów, korytarze były niemal puste. Pani Norris dokonała żywota jakieś piętnaście lat wcześniej – w pięknym wieku czterdziestu dziewięciu lat, czyli, nawet jak na długowiecznego kuguchara, doczekawszy późnej starości. Pogrążony w smutku Filch przeżył ją o ponad dekadę, bo odszedł niespełna trzy lata temu. Jamesowi zapadła w pamięć zwłaszcza długa mowa pochwalna, którą wygłosił na pogrzebie Hagrid, poza tym był zdumiony, że w dniu pochówku Filcha wiejski kościół pod Hogsmeade pełen był ludzi. James zastanawiał się wtedy, jak wielu spośród obecnych to dawni uczniowie, którzy nie zdziwiliby się, gdyby krewki stary woźny wylazł z trumny i pchany siłą oślego uporu, wolnym krokiem, niczym zombie, pomaszerował z powrotem do szkoły, żeby nawet w życiu pozagrobowym nie zaprzestać gderania i pełnienia obowiązków.

Nic tak dziwacznego się nie zdarzyło. Prawdopodobnie jeszcze dziwniej jednak było mieć okazję oglądać, jak Hagrid otwarcie płacze podczas mowy pochwalnej i hałaśliwie wydmuchuje nos, a uwieczniony na wielkim portrecie nachmurzony Filch z obrzydzeniem spogląda ze swoich ram i wymownie wznosi oczy ku niebu.

Kiedy po Filchu stanowisko woźnego objął młody Edgar Edgecombe, okazało się, że trudno byłoby o lepszego następcę. Edgecombe dawno zapomniał, jaką niechęć żywił do Jamesa, kiedy był uczniem. Teraz, będąc tęgim młodym mężczyzną, stał się wręcz uosobieniem respektu dla nauczycieli – traktował ich z trwożnym szacunkiem, w ogóle za to nie krygował się przy uczniach, na których tylko zjadliwie burczał. James był w pełni świadom, że musi tego nieprzyjemnego człowieczka trzymać krótko. Z doświadczenia wiedział jednak również, że źli i mali ludzie mogą się przydać, gdy trzeba utrzymywać względny porządek, przynajmniej póki nie pozwala im się na zbyt wiele; dopóki więcej złego tylko mówią, niż faktycznie robią.

Wyszedł z zamku przez starą rotundę i natychmiast owiał go ostry, zimny wiatr od strony Zakazanego Lasu. W oknach u Hagrida paliły się światła. Jamesa kusiło, by podejść do chatki gajowego, by zapukać i wypić z ulubionym nauczycielem wieczorną szklaneczkę grogu. Nawet jednak nie próbował – odkąd już ruszył w drogę, czuł narastającą siłę, która pchała go naprzód, dalej w marsz wśród szumiących traw.

Księżyc, niczym ogromne oko w kolorze kości, świecił nad jeziorem, a pomarszczona tafla wody lśniła jego odbitym blaskiem. James wkroczył na leśną ścieżkę, przeszedł może jedną czwartą drogi do Hogsmeade, po czym teleportował się z ostrym trzaśnięciem. Gdzieś między jednym krokiem a drugim świat zmaterializował się wokół niego – pełna zaparkowanych samochodów ulica Islington, gdzie wiatr niósł śmieci i zwiędłe liście. Zwolnił, uniósł wzrok, a potem skręcił w prawo.

Numeru dwanaście przy Grimmauld Place oczywiście nie dało się zobaczyć. Domy numer trzynaście i jedenaście były blisko siebie, a że nie remontowano ich od dawna i popadały w ruinę, nikt nawet by nie wyłapał takiej luki w numeracji. Pobliska lampa uliczna nie działała i miejsce, gdzie stał James, pogrążone było w cieniu. Nad dachami niosły się odgłosy ruchu ulicznego, tą uliczką jednak nic nie jeździło.

Wyjął klucz i przywołał wejście do domu pod numerem dwunastym. Sąsiednie domy po obu stronach z łoskotem odsunęły się na boki niczym podpici bywalcy baru, robiący nowemu klientowi miejsce przy kontuarze.

Na terenie starej posiadłości nie paliła się ani jedna gazowa latarnia. Zaraz po wejściu James przyświecił sobie różdżką i drgnął, gdy światło ukazało ledwie parę stóp przed nim nad wyraz brzydką twarz i wpatrzone w niego oczy.

- Dobry wieczór paniczowi – zabrzmiał niski burkliwy głos.

- Stworek! – zachłysnął się zaskoczony James. – Skąd wiedziałeś, że przyjdę?

- Do obowiązków Stworka należy, by zawsze troskliwie doglądać pana domu – odparł wiekowy skrzat. W jego głosie pobrzmiewała irytacja. James wzniósł oczy ku niebu.

- Portret Fineasa Nigellusa ci powiedział?

Stworek skrzywił się i zmrużył oczy.

- Wiem również od niego, paniczu.

James westchnął; ściągnął tiarę i zawiesił ją na pokrytym pajęczynami stojaku przy wejściu.

- A mówił, po co mam przyjść?

- Zasugerował, że panicz zechce może odwiedzić Kryptę.

James zamrugał ze zdziwienia, patrząc na sękate kończyny starego skrzata. Przyrodzona brzydota Stworka w ciągu ostatnich dekad wręcz rozkwitła, przez co skrzat stanowił teraz spektakularny okaz groteski. Włosami z jego nosa i uszu dałoby się nakładać farbę do metalu prosto na rdzę. James uniósł wyżej różdżkę, by nie dotknąć nią patrzącego spode łba sługi.

- Nie miałem pojęcia, że na Grimmauld Place jest jakaś krypta.

- Mało które domy je mają, paniczu.

Stworek wolno pokiwał głową. Potem, cicho jak duch, odwrócił się i odmaszerował, najwyraźniej oczekując, że jego pan pójdzie za nim w głąb ciemnego domu. James podążył za skrzatem, deski podłogi skrzypiały mu pod stopami, zaś gdy zobaczył, że wywołany jego przejściem ruch powietrza powiewa całymi pokładami pajęczyn, aż się wzdrygnął.

- Kiedy tu ostatnio było sprzątane?

- Dom pański Stworek sprząta dwa razy w tygodniu – obwieścił ponurym głosem Stworek. – Od góry do dołu, od lewej do prawej.

James zerknął w bok, kiedy mijali salon, i przyjrzał się dokładniej. Wszystkie powierzchnie pokrywała gruba warstwa kurzu, którego ciężkie pokłady osiadły też na zaciągniętych aksamitnych zasłonach; zasnute kurzem było również zmatowiałe lustro nad paleniskiem. Widocznie Stworek miał własne – ciekawe i dość szczególne – poglądy na temat tego, jak wygląda sprzątanie.

Razem skierowali się ku zaciemnionej kuchni, a stamtąd wąskimi schodkami do piwnicy, gdzie ciemności nie rozpraszało nic prócz światła z różdżki Jamesa. Stare meble wychynęły z głębokiego mroku, gromadzone od dawna i nie od kompletu. Stojąca obok kuchenka z kutego żelaza była ciemna i zimna jak grób. Stworek zatrzymał się blisko tej właśnie kuchenki i nie odwracając się, rzekł:

- Klucz panicza poproszę.

James powiódł wzrokiem po przygarbionych plecach i skulonych ramionach starego skrzata.

- Ale ja… nie mam klucza.

- Krypty bez klucza nie da się otworzyć, proszę panicza.

James pomacał po kieszeniach szaty, raczej nie spodziewając się, że znajdzie tam jakiś tajemniczy klucz, ale trafił tylko na kilka knutów i stary bilet na pociąg. Pokręcił głową, po czym, sfrustrowany, westchnął.

- Nie mam żadnego klucza – powtórzył. – Będziesz musiał sam mi otworzyć.

Powoli i ociężale Stworek zwrócił najeżoną brodawkami głowę i łypnął na Jamesa wielkim, kaprawym okiem. Przez chwilę bez słowa przypatrywał mu się zagadkowo, nim rzekł:

- Nikt nie jest zdolny otworzyć Krypty bez klucza, paniczu. Stworek nie może. Pan nie może. Nikt nie może; ani na całym tym świecie, ani na innych.

Nagląca potrzeba pośpiechu znów ogarnęła Jamesa; wróciło zniecierpliwienie. Gdzie miałby znaleźć jakiś tajemniczy klucz? Dlaczego Fineas Nigellus wysłał go w tę podróż, nie mówiąc, co będzie konieczne? Otwierał już usta, by zażądać od Stworka odpowiedzi – odpowiedzi, której pewnie nigdy by nie otrzymał – kiedy od strony klatki schodowej za jego plecami wionęło zatęchłym powietrzem i dało się słyszeć najpierw stłumione odległością głuche trzaśnięcie, a po nim czyjeś szybko zbliżające się kroki.

James z miejsca się obrócił i przezornie wycelował różdżkę w stronę schodów, gdzie dudniły już kroki intruza, by sobie przyświecić i ostrzec o swojej obecności. Wchodzący zatrzymał się na przedostatnim schodku, również świecąc sobie trzymaną na wysokości twarzy różdżką. – O! – powiedział. – Cześć, synku.

James, uspokojony, opuścił różdżkę.

- Tato! Co ty tu robisz?

Harry Potter pokonał ostatnie stopnie schodów i dołączył do syna. Byli równego wzrostu, choć ojciec zdawał się odrobinę szerszy w barach. Jego okulary zalśniły odbitym światłem różdżek; szczery uśmiech rozjaśnił mu twarz, na której teraz prawie nie było znać wieku, jeśli nie zwracało się uwagi na drobne zmarszczki.

- Jak się zdaje, nadszedł już czas – odparł, wzruszając ramionami. – Wiedziałem, że kiedyś to nastąpi, nie spodziewałem się tylko, że aż tak szybko. Będziesz miał nowe obowiązki.

- Jakie znowu obowiązki? – wypalił James, nie mogąc powstrzymać zniecierpliwienia. – Czuję się tak, jakby od kilku dni latał mi po głowie wyjec; chociaż nie używa słów, to i tak mnie pogania. O co tu chodzi?

Harry współczującym gestem położył mu dłoń na ramieniu i lekko ścisnął.

- Rozumiem, jak musiało cię to zdenerwować. Wyobraź sobie tylko, jak ja się czułem! Kiedy mnie zaczęło w ten sposób przyzywać, Syriusz już nie żył i nie mógł mi pomóc tak, jak ja pomogę tobie. Sam musiałem znaleźć klucz. Myślałem, że zwariuję, a Stworek był mniej więcej tak pomocny jak miotła zrobiona z waty cukrowej.

Stworek odwrócił się, a choć od samego jego ponurego spojrzenia mleko mogłoby się chyba skwasić, komentarz Harry’ego przyjął z jakąś złośliwą satysfakcją.

- Ale… Jaki klucz? – wyrwało się Jamesowi, którego zaczynało to już irytować.

Harry wydobył z kieszeni szaty całkiem zwyczajnie wyglądający klucz – wykonany z ciemnego metalu, mierzący może sześć cali, z okrągłym uchwytem i zdobieniami, o długim trzonku i skomplikowanym kształcie języczka. Klucz prezentowałby się odrobinę lepiej, gdyby nie wiekowe zmatowienia i plamki rdzy, odznaczające się na powierzchni ciemniejszymi wykwitami.

- Znalazłem go w żelaznej kasetce schowanej za cegłami komina nad głównym paleniskiem. – Harry obrócił głowę w stronę syna. – To pewnie była już przynajmniej setna kryjówka, którą sprawdziłem. Gdyby nie podpowiedź w starych zapiskach Syriusza, prawdopodobnie przekopywałbym całe to miejsce jeszcze dzisiaj. Kiedy nadchodzi wezwanie, nie sposób mu się przeciwstawić. Spodziewam się, że już to wiesz.

James wziął od Harry’ego klucz i zważył go w dłoni – mimo matowego nalotu i rdzy można było podejrzewać, nawet sugerując się samą wagą metalu, że wykonano go misternie i z wielką dbałością. Zmrużył oczy i spojrzał na ojca.

- Kiedy cię wiele lat temu o to spytałem, zachowałeś się, jakbyś nic nie wiedział.

- A ty zrobisz to samo, kiedy tylko ktoś będzie wypytywał – odparł spokojnie Harry. – Ale nikt nie zapyta. Nawet Merlin o tej tajemnicy nie wie, chociaż pewnie ma jakieś podejrzenia. Do dzieła!

Skinął głową, patrząc na cierpliwie czekającego na polecenia Stworka. James obrócił się do skrzata i z wahaniem wyciągnął klucz w jego stronę.

Pieczołowicie, z czcią niemalże, Stworek podniósł nieproporcjonalnie wielką, otwartą dłoń, by James mógł na niej położyć klucz, następnie powoli zamknął palce na metalu i znów odwrócił się tyłem.

- Zdaje się – powiedział cicho Harry, gdy Stworek zdążał w kierunku pustej ściany za kuchenką – że zanim jeszcze w tym pomieszczeniu urządzono salonik bądź kuchnię dla służby, czyli wtedy, gdy Slade Willibrord Black dopiero kupił dom, powstał tu przedpokój supertajnej ukrytej komnaty, o której istnieniu dawno już zapomniano. Przyjrzyj się dokładnie, jak Stworek ją otwiera. Nie zawsze będzie na podorędziu, żeby ci pomóc.

James patrzył jak urzeczony, jak stary skrzat unosi i trzyma klucz jakieś czterdzieści centymetrów od cegieł ściany, a potem po kawałeczku go przesuwa, jakby szukał jakiegoś ukrytego w pustej przestrzeni punktu. Nagle, niespodziewanie, rozległ się dźwięk uderzenia metalem o metal. Stworek pchnął trzonek naprzód zdecydowanym ruchem, niby wsuwając go w niewidzialną dziurkę. Zgrzytnęło, gdy klucz trafił na miejsce, a skrzat przekręcił go zgodnie z kierunkiem wskazówek zegara.

Klucz rozjarzył się purpurowym światłem, a wtedy ukazała się roziskrzona jego blaskiem niewidoczna wcześniej dziurka i zarys metalowego okrągłego szyldu zamka, czarnego jak onyks, o bogatych zdobieniach, których linie układały się w ozdobną staroangielską literę B. Coraz szerszy fragment rozświetlał się na purpurowo; rozchodzący się na boki, w górę i w dół poblask ukazał misternej konstrukcji okrągłe wrota z tego samego ciemnego metalu, nabijane nitami i najeżone śrubami, ozdobione girlandami kutych w metalu ornamentów, wykonanych precyzyjnie i z dbałością o każdy detal. Gdy już było je widać w całości, drzwi znieruchomiały niczym ustawiony na boku trzymetrowej średnicy tort z warstw ze smoliście czarnego żelaza, skręconych ze sobą i połączonych pierścieniami – masywne jak głaz, okazałe jak kościelna wieża. Klucz pozostał na miejscu, na środku, wsunięty w dziurkę zamka.

Stworek przygarbił się i ustąpił kilka kroków w tył, wycofując się do kąta. James osłupiał. Zaglądał do piwnicy już dziesiątki, a może i setki razy. Nigdy by nie przypuszczał, że akurat to miejsce mogłoby mieć jakieś szczególne znaczenie. Oderwał wzrok od wrót krypty i spytał:

- Byłeś w środku?

- Parę razy – odrzekł wymijająco Harry. – Właściwie trzy. Raz – w obowiązkach, jakich to zajęcie wymaga. I dwa razy… żeby po prostu zajrzeć, tak jak ty teraz.

James zerknął na ojca. I postąpił krok naprzód, bo Harry spojrzał tylko i zapraszająco skinął ręką. Miał przed sobą po prawej stronie solidną metalową klamkę o łukowatej formie, pasującą do stylizacji drzwi. Z wahaniem wyciągnął rękę i dotknął klamki – choć spodziewał się, że metal będzie w dotyku zimny, poczuł przyjemne ciepło, jakby materiał rozgrzało letnie słońce. Powierzchnia wibrowała lekko, niczym podłączona do ukrytego daleko źródła zasilania, a drżenie czuło się aż do łokcia. James nerwowo przełknął ślinę, po czym ostrożnie pociągnął za uchwyt.

Mechanizm odblokował się już po przekręceniu klucza, drzwi odemknęły się więc i powoli obróciły na dobrze naoliwionych zawiasach. Pierwsze szarpnięcie w zupełności wystarczyło, by wrota, pchane przemożną siłą bezwładu, ciężko zatoczyły łuk, odsłaniając ukrytą za nimi mroczną jak gdyby celę. Ściany, podłoga i sufit były tam jedną gładką kamienną powierzchnią, jakby wyciosano je z pojedynczego gigantycznego bloku granitu. We wnętrzu celi zalegała ciemność i było całkowicie pusto, jeśli nie liczyć pojedynczego obiektu na środku pomieszczenia: czegoś w rodzaju cokołu z tego samego co drzwi ciemnego metalu z wyrytymi ornamentami, umocowanego do podłogi śrubami o łbach wielkich jak pięść. Szeroki trzon postumentu uformowano w barokowe zawijasy. Nad podstawą jego korpus lekko się zwężał, jak pień drzewa ponad korzeniami, za to nieco rozszerzał u szczytu, niczym cokół pomnika, w płaską powierzchnię, gdzie leżał samotnie jakiś przedmiot oblany zagadkowym złotym blaskiem.

James postąpił naprzód i wkroczył do środka. Wewnątrz było chłodno jak w jaskini, bynajmniej jednak nie czuło się żadnej stęchlizny. Powietrze, zadziwiająco świeże, pachniało jak kwitnące nocą kwiaty nad strumieniem. Przedmiotem na piedestale okazała się niewielka otwarta książka, oprawiona w skórę, a w  jasnym blasku jej puste strony wyglądały tak, jakby należało dopiero wypełnić je treścią. Harry, który również nie mógł oderwać wzroku od tego zadziwiającego woluminu, przysunął się do syna.

- Merlin miał podobną książkę! – powiedział półgłosem James. – Lata temu. Widziałem, jak czytał ją wtedy na statku Hagrida. I jeszcze po nocy Zagadki Trzech Szóstek, rano.

- W posiadaniu Merlina jest kopia kopii jednej z kopii – odrzekł Harry, a głos miał dziwnie ściszony i tęskny. Krypta wręcz prosiła się o podniosły ton, choć nie odbierało się tego jako przymus, a raczej jakieś samoistnie nasuwające się poczucie obcowania z sekretem przyprawiającym wręcz o zawrót głowy. James uświadomił sobie nagle, że musi powstrzymywać emocje, i to nie dlatego, żeby były niestosowne. Inaczej mógłby zanieść się głośnym śmiechem z niewytłumaczalnej radości bądź wybuchnąć niepohamowanym płaczem, ewentualnie sięgnąć po różdżkę i rozglądnąć się za łotrem, którego mógłby dopaść, czy też potworem, którego należy zabić. W obecności Księgi każdy afekt urastał do swej najczystszej, oszałamiającej i chwytającej za serce postaci.

- Ta Księga to ideał, do którego dążą wszystkie książki – ciągnął dalej cichym głosem Harry. – Trochę minęło, nim zrozumiałem, w czym rzecz, ale i teraz ledwie pojmuję temat. Powiedziałbym, że tyle się w tym mogę połapać, co dziecko w kwantowej technomancji.

James oderwał wzrok od kremowozłotych stronic, które jakby zastygły w oczekiwaniu. Odwrócił się ku ojcu, bo bardzo chciał zrozumieć. Musiał zrozumieć. Harry pochwycił jego spojrzenie.

- Każdy magiczny tytuł to dozór nad pewnym elementem człowieczeństwa, a z każdym z nich wiąże się kolor, jak sam już wiesz. Greene i jego zieleń to ambicja, kolor różowy to miłość, niebieski to intelekt. Tymczasem czerń z nazwiska Blacków… To jest coś, co różni się od wszystkich innych barw.

- Bo czerń ma w sobie każdy z kolorów – przypomniał sobie James. – Wszystkie odcienie w jednym.

Harry uśmiechnął się.

- Prawda. Na tyle, na ile nasze umysły są w stanie to pojąć. Czerń to połączenie wszystkich pozostałych aspektów człowieczeństwa, ich kombinacja; mieszanka. To amalgamat miłości i nienawiści, tchórzostwa i odwagi, zazdrości i rozwagi, zemsty i odkupienia. Układa razem pozostałe kolory i czyni z nich spójną całość, coś więcej niż tylko sumę części. Pod kuratelą Blacków, James, jest żywioł Historii. Straż nad Historią.

James zamrugał, patrząc na ojca, bo nie był pewien, czy się nie przesłyszał. Harry znów pokiwał głową.

- Wydaje nam się, że historie to tylko litery na papierze. Albo puste słowa rzucone w powietrze. Ale w multiwersum, gdzie możliwości jest cała nieskończoność, nie istnieje coś takiego jak fikcja, technicznie rzecz biorąc. Gdzieś daleko, w bezkresach innych wymiarów, każda piękna historia jest prawdziwa. Nawet nasze życie może w jakimś innym wszechświecie być tematem popularnej opowieści.

James również nieśmiało się uśmiechnął.

- A… jak jest z tą Księgą?

Harry ponownie skupił wzrok na kartach.

- To prawdziwa historia w ostatecznej wersji. Twoja, moja – wszystkich żyjących w każdym wariancie naszego świata, a wątki ich kolei losu łączą się w niej w jedną wspaniałą opowieść. To nie tak, jak z Gobelinem w Krypcie Przeznaczenia, bo on jest tylko zapisem tego, co się dzieje. Ta Księga to przyszła historia; to, co ma nadejść. I nadzieja, że na tę historię warto czekać.

James znów zmierzył wzrokiem niepozorną książkę. Racjonalna część umysłu uznawała taki pomysł za niedorzeczny pod każdym względem. Jak wszystkie piękne historie miałyby być prawdziwe? I jak miałaby je pomieścić jedna książeczka? Gdzieś na dnie pojmowania jednak, mając w pamięci, że kiedyś przywołał ukryte moce ukochanej, by ocalić jej życie, żeby mogła jeszcze mieć możliwość odkupienia duszy – rozumiał absolutnie wszystko.

- Czyli fikcją są tak naprawdę tylko… – zaczął, próbując ubrać ten pomysł w słowa – brzydota, bezsensowne tragedie, porażki bez rozwiązania. To kłamstwa, które do dziejów świata dopisuje nienawiść. Ale nienawiść jest jak zwykły wandal, a smutek tylko maluje graffiti na murach chwały. Jak będziemy starannie wykonywać obowiązki, to dzieła nienawiści kiedyś zostaną usunięte, a wszelkie niedokończone detale uzupełnione. Oderwane wątki utworzą całość, żale i rozczarowania zostaną wynagrodzone i złączą się wszystkie w jedno fenomenalne zakończenie z odkupieniem każdej winy i wymazaniem każdej poniesionej straty. Zakończenie, które łączy w sobie wszelkie radości.

Harry przytaknął.

- Naszym zadaniem jest po prostu pilnować, by Księga pozostawała otwarta. I zawsze przyjmować, że w tragicznych rozdziałach nie napisano jeszcze ostatniego słowa. Pozwalać wszystkim historiom ciągnąć się powoli dalej, aż dojdą do wspólnego, idealnego zakończenia, którego nikt nie jest w stanie ogarnąć wyobraźnią. Jak długo ta Księga pozostaje otwarta, tak długo… można powiedzieć, że bajka jeszcze nie dobiegła końca.

James poczuł przemożną chęć, by dotknąć Księgi; gdy przyjrzał się jej bliżej, uzmysłowił sobie, że jej strony wcale nie są puste. Dawało się na nich dostrzec słowa, które formowały się tam i płynęły, przelatywały po papierze niczym anielskie skrzydła, ledwie tylko widoczne. Pragnął nachylić się i spróbować je z bliska odczytać, ale nie miał śmiałości.

- To jest coś, co nas obu całkowicie przerasta!

- A mimo tego – uśmiechnął się niewesoło Harry – ludzie gorsi od ciebie też bywali obarczeni tym brzemieniem, chociaż w sercach nosili małostkowość i dumę. Ze służbą historii wiążą się za to pewne plusy. Zawsze zdarza się przy tym troszkę odkrywania czegoś przez przypadek, krztyna więcej niż u innych szczęścia, odrobinę więcej szczęśliwego trafu, który zawsze jakoś akurat nam wychodzi na korzyść, przynajmniej na dłuższą metę. Spotykałem się z tym przez całe życie, nawet jeszcze zanim dowiedziałem się o tej Księdze. Sądzę, że i ty też.

James przytaknął. Westchnął w zamyśleniu, nie odrywając wzroku od nie do końca pustych stron, i spytał:

- Opowiesz mi o tym, jak było, kiedy odwiedzałeś Kryptę poprzednio?

Harry natychmiast przestał się uśmiechać.

- Przyszedłem tu wtedy, gdy zmarł dziadek. Czułem się kiepsko. Musiałem się przekonać, że wciąż można mieć nadzieję. I że można czekać na taką przyszłość, kiedy nawet śmierć przestanie mieć sens.

James zerknął na ojca.

- A za trzecim razem?

Harry spojrzał synowi w oczy, a minę miał bardzo poważną.

- Wtedy Księga mnie wezwała. Tak jak dzisiaj wezwała ciebie, a mnie kazała się przyłączyć. Pod koniec twojej siódmej klasy. Jak pamiętasz, to były ciężkie czasy. Ludzie się bali i mieli wizje zagłady. Nikt nie miał pojęcia, że były to tylko wizje, wierzyli raczej, że nadchodzi kres. Księga przywołała mnie w noc Zagadki Trzech Szóstek. Kiedy już przybyłem i otworzyłem Kryptę, okazało się, że Księga jest zamknięta.

Na samą myśl James omal nie krzyknął.

- Ale jak to możliwe? – wyszeptał.

Harry wolno pokręcił głową.

- Ani nie wiem, jak to się stało, ani nie wiem czemu. Do Krypty nikt przecież nie zaglądał. Może Historia zamknęła się sama, wyłącznie dlatego, że dla świata praktycznie nie było już nadziei. A może zadziałały tu jakieś niewytłumaczalne złe siły i ich mroczne fascynacje spowodowały zamknięcie Księgi. W każdym razie Księga zawezwała swojego strażnika, czyli mnie. A gdy się zjawiłem, przekonałem się, że jednak nie jest całkiem zamknięta – uśmiechnął się blado. – Między kartki wsunięta była zakładka.

Z kieszeni, z której wcześniej wyciągnął klucz, wyjął coś jeszcze i delikatnie podał Jamesowi. Kolekcjonerską kartę sprzedawaną z czekoladowymi żabami, wytartą i z pozaginanymi rogami, której wygnieciony karton zdążył już zmięknąć ze starości. Miejsce na portret na awersie było puste, jednak hasło z karty nadal dawało się odczytać.

James przeczytał. Potem wytrzeszczył oczy i przeczytał ponownie. I potrząsnął głową, patrząc bezradnie na ojca.

- To… moje nazwisko! – wykrztusił ze zdziwieniem i odrobiną niepokoju. – James Syriusz Potter…

Odwrócił kartę i spojrzał na akapit wydrukowanego białą czcionką na ciemnoniebieskim tle tekstu. Pierwsze linijki brzmiały:

JAMES SYRIUSZ POTTER,
Dyrektor Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie, dwukrotnie odznaczony Orderem Merlina Pierwszej Klasy.
Syn człowieka-legendy, który jest sam w sobie legendą.
Zasłynął pościgiem i rozprawieniem się z niebezpieczną szajką spiskowców znaną jako…

Harry zakrył kartę dłonią i z uśmiechem wyjął mu ją z ręki.

- Zdaje się, że to przyszłość – orzekł kpiąco, spoglądając na Jamesa znad okularów. – Nikt nie powinien za dużo wiedzieć o własnej. Pojęcia nie mam, jak to trafiło do Historii i zostało zakładką. Najwyraźniej, tak jak ta Księga, twoja historia bynajmniej jeszcze się nie skończyła. I wcale się nie kończy. Dziś rozpoczął się nowy rozdział. Od teraz ty jesteś odpowiedzialny za klucz, jak również za Kryptę i złożoną w niej Księgę.

James przytaknął, choć w głowie miał zupełny mętlik. Co miałaby ta karta z czekoladowych żab oznaczać? Jak mogła trafić do Księgi, żeby zaznaczyć ostatnio czytane miejsce? I z jakiej tajemniczej i dalekiej przyszłości pochodziła?

Podążył za ojcem w prozaiczne do bólu ciemności piwnicy. Spełnił swój nowy obowiązek i zamknąwszy pieczołowicie wrota Krypty, przekręcił klucz, na powrót zatrzaskując skryty wewnątrz niezwykły talizman nadziei. Drzwi zalśniły purpurą, po czym znów stały się niewidoczne. James wyciągnął klucz z niewidzialnej dziurki i schował go, potem dla pewności poklepał się jeszcze po kieszeni, z satysfakcją odnotowując obecność niewielkiego ciężaru o wielkiej wadze.

Od tego dnia nosił zawsze klucz ze sobą. Ojciec zatrzymał sobie kartę z czekoladowych żab.

Gdy w kolejnych latach bywało tak, że Jamesa gnębił smutek – a zdarzało się, że były ku temu powody – wracał myślami do Krypty i dumał nad Historią, zaś czasem – bardzo rzadko – również zaglądał do środka. Sumiennie wykonywał powierzone mu obowiązki, a to, co ważne, powtarzał sobie w pamięci.

Autor nie zakończył jeszcze pracy. Czas żalu wypełnia jedynie rozdziały, a nie stanowi całej fabuły. Rozpacz i strata tak naprawdę są fikcją i nie będą trwały wiecznie. A choć szczęśliwego zakończenia opowieści nie ma jeszcze na papierze, to pewnego dnia, kiedyś… będzie.

Author
Categories

Comments

Commenting is closed for this article.

← Older Newer →