James Potter i Sieć Morrigan - fragment

Posted
Comments None

(“James Potter and the Morrigan Web” – G. Norman Lippert)

James pognał za ojcem po schodach. – Dokąd on biegnie?! – krzyknął za nim.

- Tam! – odparł Harry, wskazując w górę.

James, nie zatrzymując się, zadarł głowę. Powyżej mignęła mu obok poręczy postać przepychającego się pomiędzy uczniami czarodzieja.

- Zatrzymać go! – wykrzyknął Harry, aż na schodach zadudniło echo.

- Ale to przecież… – zająknął się Cameron Creevey, wskazując dłonią uciekającego. – To przecież dyrektor!

Harry skręcił, ściskając na chwilę poręcz, i śmignął tuż obok Camerona, który w podnieceniu dodał: – A to Harry Potter!

James i Zane pomknęli śladem Harry’ego, zasapany Ralph deptał im po piętach. – Co robicie, koledzy?! – krzyknął za nimi Cameron, przykładając do ust złożone dłonie i podskakując. – Następna przygoda? Mogę się dołączyć?

Harry pędził jak strzała, wymijając grupki uczniów. Jamesowi zdarzyło się już zobaczyć ojca w akcji, nigdy jednak nie widział czegoś takiego – można było pomyśleć, że w biegu Harry w ogóle nie oddycha, jego ręce rytmicznie cięły powietrze, każdy zwinny krok zdawał się nieść go całe metry do przodu. James próbował dotrzymać mu tempa, ale ojciec szybko oddalał się od niego.

Grudje dyszał ciężko i w panice gnał tak, że aż łopotały jego szaty; gwałtownie odpychał wszystkich stojących mu na drodze. James był pewien, że to nie przed nimi ucieka dyrektor, a przed tym, kto w zupełnie niewytłumaczalny sposób zjawił się na podeście w Wielkiej Sali – przed Albusem Dumbledore’em.

Zakręcili raz, potem drugi, wreszcie Grudje minął gargulca strzegącego spiralnych schodów do gabinetu dyrektora. Posąg drgnął i ruszył powstrzymać Harry’ego, ale ten tylko machnął różdżką, a w górę pomknął czerwony błysk światła.

- Auror w sprawie służbowej! – krzyknął, wskazując głową jaśniejące nad nim purpurą miejsce, gdzie trafiło zaklęcie.

James zerknął na sufit. Zobaczył czerwono świecące na suficie nazwisko ojca z dopiskiem “szef Biura Aurorów”, pieczęć Ministerstwa Magii, podpis ministra i skrzyżowaną parę różdżek nad wszystkowidzącym okiem – symbol Biura Aurorów. Gargulec natychmiast odskoczył z drogi. Gdy James go mijał, usłyszał – mógłby przysiąc – jak posąg mruczy pod nosem: – Dorwijcie go!

Na spiralnych schodach zadudnił tupot czterech par nóg. Harry wbiegł na górę pierwszy i zastygł bez ruchu, pochylony, celując różdżką. Drzwi do gabinetu dyrektora stały otworem, a smuga dobiegającego zza nich żółtego światła jaśniała na kamiennej podłodze.

- Stójcie za mną – rzucił Harry, podchodząc powoli. – Ralph, trzymaj tę swoją wielką różdżkę w pogotowiu.

Stojący tuż za Jamesem Ralph, zdyszany i spocony, kiwnął głową i wyciągnął różdżkę.

Harry zajrzał zza framugi do wnętrza gabinetu, jasność ze środka oświetliła jego czuprynę. Na chwilę zamarł, po czym, opuszczając różdżkę, odwrócił się do Jamesa, Ralpha i Zane’a, a minę miał nieodgadnioną; ni to zmartwioną, ni wesołą. Skinął na chłopców, by weszli do środka. Wkroczyli za nim w krąg złotego blasku.

Od razu zauważyli leżącego pod ścianą zaraz za drzwiami skulonego człowieka – dyszał ochryple, a dłonie przyciskał do twarzy. James patrzył na niego przez parę sekund, nim zorientował się, że to Rechtor Grudje. I że to zarazem kto inny – na jego oczach człowiek zmienił się w Aviora Dorchascathana toczącego naokoło dzikim wzrokiem, a James usłyszał jego ciężki, świszczący oddech. Chwilę później czarodziej stał się Zbieraczem, jego skóra lśniła od potu, włosy sterczały mu na wszystkie strony.

- Zdaję sobie sprawę, że wygląda przerażająco – usłyszeli cichy głos – ale nie ma powodu, by się go obawiać. Już nie jest groźny. Wejdźcie, proszę. Mamy bardzo mało czasu.

James obrócił się w stronę mówiącego. Za biurkiem stał Albus Dumbledore, wysoki, chudy, emanujący niemal ojcowską miłością i ciepłem. Uśmiechał się do nich dobrotliwie, choć w jego oczach widać było jakby smutek. Gdy James wkroczył do pokoju i powoli podszedł do uwielbianego przez wszystkich dyrektora, zdał sobie sprawę, że mylił się co do profesora Aviora – nie był on bliźniakiem Dumbledore’a, a tylko jego marną kopią. Tym, co czyniło różnicę, nie były szczegóły wyglądu, a jego serdeczność, powaga i dostojeństwo; nawet, gdy był zasmucony, wyczuwało się w nim wesołość. Bez tych rzeczy Avior wydawał się bladym, pozbawionym życia cieniem.

Do Jamesa zaczęło docierać, że i sam gabinet wygląda zupełnie inaczej. Posępny i mroczny, gdy zajmował go Grudje, teraz rozświetlony był ciepłym blaskiem i rozbrzmiewał odgłosami pracy nakręcanych mechanizmów. W kominku wesoło trzaskał ogień. Lśniące złotem instrumenty i misterne konstrukcje tykały i kręciły zębatkami na stolikach, a wszystko to otaczały rzędy wysokich regałów, których półki uginały się od najróżniejszych osobliwości, zegarów, posążków, ksiąg i książek, mnóstwa przepysznie oprawionych to w ciemną skórę, to welur, to obszytych materiałem ksiąg, które kusiły obietnicą spędzenia całego życia wśród niesamowitych opowieści, niewiarygodnych historii i mrocznych tajemnic. James był całkowicie pewien, że ten człowiek, Albus Dumbledore, za życia nie tylko gromadził książki. Było w nim coś z dziecka, coś, co z wiekiem nie przeminęło, lecz w pełni dojrzało, osiągnęło perfekcję. Jakby wciąż tliły się w nim dziecięca ciekawość i pragnienie przygód.

Na żerdzi obok biurka muskał sobie dziobem pióra wielki, przepiękny ptak. Lśniące upierzenie miał purpurowe, a końcówki piór barwy ciemnego złota. W porównaniu z nim iskrzyk Aviora zdawał się zwykłym skrzydlatym jaszczurem, nie wyglądającym nawet w połowie tak groźnie, jak ten ptak wyglądał po królewsku.

Najdziwniejszym elementem nowego wystroju było jednak wysokie, prostokątne zwierciadło stojące obok kominka. James natychmiast je rozpoznał, a widząc, jak zerknął na nie Harry, wiedział, że i ojciec je poznaje. To Zwierciadło Ain Eingarp lśniło przy ogniu, a w jego mrocznej tafli kłębiły się srebrzyste obłoki.

Harry i trzej chłopcy powoli wkroczyli do gabinetu, nie odrywając wzroku od starego czarodzieja; Harry odezwał się dopiero, gdy wszedł w krąg blasku stojących na biurku świec.

- Panie dyrektorze? – powiedział bardzo cicho. – Jak to możliwe, że pan tu jest?

Dumbledore nie od razu odpowiedział. Uśmiechając się z czułością do Harry’ego, przyjrzał mu się uważnie.

- Wyrosłeś na wspaniałego mężczyznę, Harry – rzekł po chwili. – Byłem pewien, że tak właśnie będzie, i cieszę się, że choć na chwilę mogę cię teraz ujrzeć na własne oczy.

James zerknął na ojca, który, zdumiony, wolno pokręcił głową. Na jego twarzy odmalował się jakby… ból? Smutek? Konsternacja? Pewnie to ostatnie – James właśnie to odczuwał.

Harry powiedział tylko jedno zdanie:

- To niemożliwe, żeby pan tu był.

- A jednak jestem – Dumbledore skłonił się lekko. – To bardzo niezwykłe, lecz możliwe. Zaistniały szczególne okoliczności, które dają mi chwilę – drugą szansę, można by rzec – na naprawienie czegoś, czego za życia nie byłem w stanie naprawić. Potwornego błędu. Tego, czego żałowałem do końca swoich dni.

- Dyrektora Grudje – przytaknął James, spoglądając na nieszczęśnika skulonego przy drzwiach.

- Niestety nie tak brzmi jego prawdziwe nazwisko – rzekł smutno Dumbledore. – Nie brzmi ono też Avior Dorchascathan, choć tak nazwali go ci, którzy go wychowali. Najlepiej charakteryzuje go jego nowe miano – jest bowiem właśnie Zbieraczem. Widzicie, on zbiera twarze; przywdziewa twarze innych zamiast tej, której nigdy nie poznał. Tej, która należała do niego od dnia narodzin.

- Nie rozumiem. – Harry skrzywił się i pokręcił głową. – Co ma do tego Rechtor Grudje?

- Potem ci wszystko wyjaśnię, tato – westchnął James. – To długa historia.

Dumbledore pochylił się i spojrzał na Jamesa, a na jego wargach błąkał się uśmiech.

- Młody pan Potter! Miło mi pana poznać. Przypominasz ojca pod wieloma względami. Jest też w tobie coś, co masz po dziadku. Ta kobieta, Judith, tym razem nie skłamała.

James kiwnął głową.

- Dziękuję. Ale ja wcale nie jestem taki jak on. A on przecież był Huncwotem.

- Był kimś więcej niż tylko Huncwotem – Dumbledore uśmiechnął się tajemniczo, a jego oczy zalśniły. – Inaczej twoja babka nie wyszłaby za niego. Nie w tym jednak rzecz. Poza rodzinnym podobieństwem jesteś przede wszystkim sobą, a to jest najważniejsze. W tobie, Jamesie Potterze, całość znacznie przewyższa sumę części.

James zastanawiał się nad tym i nie był pewien, czy wszystko zrozumiał. Spojrzał na ojca, a Harry obejrzał się i skinął z aprobatą.

- Panu, panie Walker – Dumbledore zmrużył oczy, a w jego głosie słychać było rozbawienie – również się przyjrzałem, choć tylko przelotnie. Tiara Przydziału dobrze zrobiła, przydzielając cię do domu Ravenclaw. I pamiętaj – pokiwał głową, patrząc znacząco na jasnowłosego chłopca – że jeśli już raz zostałeś Krukonem, zawsze będziesz Krukonem. Intelekt to jednak tylko jeden z koni, które ciągną twój los. Są jeszcze wśród nich mocny duch i czułe serce. Szkolisz te konie, by szły w zaprzęgu, zamiast stawać w szranki. Myślę, że wiele w życiu dokonasz.

Zane rozpromienił się i chyba po raz pierwszy w życiu nie wiedział, co powiedzieć.

- A w panu, panie Deedle – Dumbledore postąpił krok naprzód, a Ralph uniósł głowę – jest dużo więcej z Dołohowów, niż można by przypuszczać. Wbrew temu, co myślisz, to nic złego. Nawet twojego dziadka to nie krew w jego żyłach przywiodła do złego, a wybory, których dokonał. Merlin miał co do ciebie rację. Zupełną rację…

Zamilkł, uważnie przyglądając się Ralphowi, który spuścił wzrok, jakby nie mógł spojrzeć mężczyźnie w oczy.

- Zdaję sobie sprawę, że się guzdrzę – przyznał niechętnie Dumbledore. – Długo przebywałem poza czasem i odwykłem od ograniczeń, jakie narzuca. Tymczasem wkrótce dobiegnie końca godzina, którą mam, a mój następca na mnie czeka… Nie mogę już dłużej zwlekać.

Wyminął Ralpha i powoli zbliżył się do zwiniętego w kłębek dygoczącego przy drzwiach mężczyzny, a James, Zane i Harry podążyli za nim wzrokiem. Czarodziej cofał się przed Dumbledore’em, to pochlipując, to znów miotając jękliwym szeptem przekleństwa.

- Szukałem cię za życia, siostrzeńcze – rzekł Dumbledore, pochylając się nad nieszczęśnikiem. – Szukałem i znalazłem, bo zawsze wiedziałem, gdzie jesteś. A jednak nie zbliżałem się do ciebie. Czy wiesz dlaczego?

Jamesowi wydawało się, że zapytany nic nie odpowie. Grudje – czy też Zbieracz – wyglądał niemal jakby postradał zmysły. Nagle jednak przemówił drżącym, schrypniętym głosem:

- Chciałeś mi wszystko odebrać!

- Nie zbliżałem się do ciebie – powiedział łagodnie Dumbledore – bo nie pozwoliłbyś, by ci cokolwiek odebrano. Rzeczy, które umieściłem w twoim umyśle, gdy byłeś niemowlęciem, to mój błąd. Dałem ci to, co we mnie najgorsze. Przekonałem sam siebie – i oszukałem sam siebie – mówiąc sobie, że to jedyny sposób. I że będę to wszystko mógł wziąć z powrotem. Być może przez jakiś czas było to możliwe. Na przykład gdybym cię odnalazł, kiedy byłeś jeszcze mały. Gdy cię znalazłem, byłeś już jednak młodym mężczyzną. Od razu wiedziałem, że to, co w tobie zasiałem, trafiło na podatny grunt. Nie dlatego, że nic na to nie mogłeś poradzić, ale dlatego, że zło leży w twojej naturze. Nie byłbym już w stanie odebrać ci części umysłu siłą, bo sam byś mi nie pozwolił.

- Moc! – syknął z furią Zbieracz. – Siłę! To mi dałeś!

- Oraz samotność – Dumbledore pokiwał ponuro głową. – Pustkę. Powolny i nieubłagany rozpad prawdziwej tożsamości. Również to ci dałem.

- Właśnie! – sapnął Zbieracz i zaszlochał. – No właśnie!

- W ogóle nie mogłem zabrać ci części umysłu, bo zbyt wiele było w tobie gniewu, by mi ją dać. Rozważałem nawet walkę z tobą, by zmusić cię do zwrócenia mi wspomnień – nie dla własnego, ale dla twojego dobra – lecz czułem, że takie postępowanie i tak okaże się daremne. A później… No cóż. Umarłem.

- Umarłeś! – przytaknął skwapliwie Zbieracz. – Umarłeś, a ja w końcu byłem wolny! – wykrzyknął triumfalnie.

- W końcu byłeś na wieczność uwięziony, bez żadnej nadziei na wyzwolenie – pokręcił głową Dumbledore. – A ja po śmierci, w bezczasie tego “odtąd już zawsze”, jak zwykło się to określać, pojąłem pewną ważną rzecz. Pojąłem, że w obsesji odebrania ci mej własności… nie dostrzegałem, że najpierw o coś muszę cię poprosić.

Zbieracz zadrżał – wręcz zadygotał – i ukrył twarz w dłoniach. Musiał być przerażony, ale chyba nie był w stanie nie zadać tego pytania:

- O co? Czego chcesz?

- Twego wybaczenia – odparł z powagą Dumbledore. Wziął głęboki wdech i mówił dalej: – Źle z tobą postąpiłem. Byłem głupi, zdesperowany i arogancki. Musiałem zmierzyć się z nieszczęściem, które sam wywołałem, więc potrzebowałem najlepszego wyjścia z sytuacji. Uznałem, że najlepiej będzie wykorzystać ciebie. Jest mi przykro z tego powodu. Bardzo mi przykro, że wyrządziłem ci taką krzywdę, i błagam cię o wybaczenie.

Zbieracz zatkał sobie uszy i potrząsnął głową. James pojął, że nieszczęśnik tak długo żył z tym gniewem i bólem, że stały się one częścią jego świata. Bez nich nie wyobrażał sobie pewnie życia. Nie spełnił prośby Dumbledore’a, a ten zdawał się spodziewać, że mężczyzna ją odrzuci.

- Twoje plany legły w gruzach – powiedział krótko. – Twoje sekrety nie są już tajemnicą. A ty, biedny siostrzeńcze, jesteś załamany i rozbity. Czy teraz wreszcie, po tylu latach… pozwolisz, że ci pomogę?

James wstrzymał oddech i patrzył. Zbieracz drżał, trząsł się coraz bardziej; wyglądało to, jakby chciał uciec w głąb samego siebie i tam się ukryć, zasłaniał dłońmi twarz i już od minuty nawet się nie odezwał. Dumbledore go nie ponaglał, a skulony mężczyzna w końcu lekko pokiwał głową.

Dumbledore przytaknął. Nie mówiąc ani słowa, z kieszeni szat wyciągnął długą różdżkę, którą powoli i delikatnie dotknął jego skroni. Zbieracz zadygotał, ale się nie cofnął. Dumbledore zamknął oczy i czekał, a gdy po paru chwilach cofnął różdżkę, ciągnęło się za nią jasno świecące pasemko. Zbieracz zajęczał. James pomyślał, że to okrzyk bólu, lecz widząc, jak Dumbledore wciąż wyciąga zgromadzone wspomnienia siostrzeńca, zrozumiał, że musiało to być westchnienie ulgi, uwolnienie się od myśli skrywanych przez całe dekady, od niemal tylu lat, ile liczył sam Zbieracz.

Srebrzyste pasemko urwało się i zawisło, kołysząc się tak, jakby poruszał nim lekki wietrzyk, na końcu różdżki Dumbledore’a. Zbieracz nagle przestał się trząść i osunął się na podłogę.

Dumbledore przyłożył sobie różdżkę do skroni, a uczepione drewienka srebrzyste pasmo pociemniało, osłabło i w końcu zniknęło. Starzec na chwilę skrzywił się boleśnie. Potem stanął prosto, schował różdżkę do kieszeni szaty i wyciągnął rękę do skulonego na podłodze mężczyzny.

- Czy rozumiesz, co właśnie zaszło?

Czarodziej uniósł głowę, spojrzał na Dumbledore’a i po chwili przytaknął.

- Pamiętasz wszystko, co zdarzyło się do tej chwili?

Ponownie przytaknął, powoli i z wahaniem.

- Rozumiesz więc też, że będziesz musiał odpowiedzieć za swoje zbrodnie. Pogodzić się z tym i ponieść konsekwencje. Biorąc pod uwagę wszystko, co dziś wyszło na jaw, spodziewam się, że zostaniesz sprawiedliwie osądzony. Nie mogę ci jednak obiecać wolności, sam też nie możesz na nią liczyć. Przyjmujesz takie warunki?

Zapytany przytaknął po raz trzeci, a jego twarz sposępniała, jakby właśnie uzmysłowił sobie, co zrobił i co go za to czeka.

- Przekażę cię zatem w ręce pana Pottera – Dumbledore wskazał dłonią Harry’ego – który zabierze cię tam, gdzie należy, byś stawił czoło temu, czemu trzeba stawić czoło. Najpierw jednak, siostrzeńcze, stań przy mnie. Mój czas dobiegł końca. Bądź przy mnie, bo zaraz odejdę.

Mężczyzna ociężale podniósł rękę i chwycił dłoń wuja. Dumbledore bez widocznego wysiłku pomógł mu się podnieść.

Gdy wstawał, James ujrzał, że czarodziej znów staje się Aviorem, lecz w jakiś sposób przemienionym. Było w nim teraz coś z Rechtora Grudje, choć jakby w łagodniejszej wersji – nie emanował już tym odpychającym chłodem. Zarazem nadal można było dopatrzyć się w nim Zbieracza. Połączenie tych trzech dało zaskakujący rezultat, kogoś całkiem odmiennego – James, wpatrzony w mężczyznę, dostrzegł nagle wyraźne rodzinne podobieństwo: oto stał przed nim siostrzeniec dyrektora.

Dumbledore obrócił się i podszedł do ustawionego przy ścianie gabinetu Zwierciadła. Po drugiej stronie szklanej tafli nadal kłębiły się srebrzyste obłoki, tym razem jednak urzeczonemu widokiem Jamesowi wydało się, że za ich zasłoną poruszają się jakieś kształty, widoczne coraz bliżej i bliżej.

Harry stanął przed Dumbledore’em, a ten zatrzymał się pod jego spojrzeniem.

- Panie dyrektorze… Jak to możliwe? – spytał ponownie. – No i… – urwał, przełknął ślinę, po czym westchnął głęboko i dokończył: – Czy musi pan wracać?

Dumbledore spojrzał przyjacielowi w oczy.

- Obawiam się, Harry, że muszę. Rzadko się zdarzają się tak sprzyjające okoliczności, co więcej – takie chwile prędko mijają. Nie należę już do tego świata. Przynależy do niego za to kto inny, ktoś, kto był uprzejmy wyświadczyć mi tę przysługę w zamian za pomoc w jego własnych transcendentalnych przedsięwzięciach. Ale odwagi! Pewnie nie mieliście o tym pojęcia, ale przez wrota między światem żywych a światem umarłych można przechodzić w obie strony.

James aż otwarł usta ze zdziwienia.

- To samo mówił mi Strażnik Wrót!

- Ach, tak – rzekł Dumbledore. – Stwór, który nazywa siebie Strażnikiem Wrót, powiedział ci prawdę w tej kwestii. Myli się za to, sądząc, że jest panem i suwerenem tych wrót. Wierzcie mi, nie jest. Nawet Strażnik Wrót, owo monstrum rodem z innego świata, niektóre rzeczy, jak powiadają, widzi jakby przez zwierciadło i niby w zagadce…

Harry zmarkotniał i cofnął się o krok, obejmując syna ramieniem.

- Przykro mi, Harry – rzekł Dumbledore, a w jego głosie słychać było szczery smutek. – Ale nie obawiaj się, bo nie żegnamy się na zawsze. Jeszcze wiele przed nami. – Westchnął głęboko, obrócił się i podszedł do Zwierciadła, w głębi tafli którego nadal wirowały mgliste obłoki. – Aha, jeszcze jedno! – Spojrzał przez ramię na Harry’ego i uśmiechnął się krzywo. – Pozdrów, proszę, mojego imiennika. Jak też i Severusa.

Harry kiwnął głową.

- Oczywiście! – odparł wesoło. – Panie dyrektorze, mogę mieć jeszcze jedną prośbę?

Dumbledore spojrzał na niego z rozbawieniem, a w jego oczach znów zamigotały znajome iskierki.

- Wprawdzie kiedyś ci odmówiłem, ale byłeś wtedy jeszcze bardzo młody, a teraz jesteś dorosłym mężczyzną. Myślę, że… nie zaszkodzi, żebyś zajrzał w Zwierciadło. Tylko pilnuj, żebym tym razem cię nie nakrył!

Harry znów radośnie pokiwał głową.

Dumbledore ruszył w stronę Zwierciadła, prowadząc siostrzeńca.

- Stój i patrz – rzekł do niego. – Ktoś chce się z tobą zobaczyć.

W głębi Zwierciadła drgnęły kształty i zakłębiły się srebrzyste obłoki, wśród których coś zamajaczyło. Sylwetka kogoś olbrzymiego wzrostu; barczystego mężczyzny. W jego ruchach czuło się niecierpliwość.

- Mało brakowało, byś się spóźnił, Albusie – oznajmił ochrypłym basem przybysz. – Ugrzązłbym tam na zawsze.

- Przyjmij, proszę, moje najszczersze przeprosiny, Merlinie – odparł wesoło Dumbledore. – Opieszałość to moja ogromna przywara, zawsze tak było.

Serce Jamesa załomotało nagle. Wprost nie mógł uwierzyć w to, co widział i słyszał.

Dumbledore powoli i uważnie postawił krok, wchodząc do Zwierciadła, a następnie cały zniknął w środku. Tafla szkła zmarszczyła się i zafalowała, zupełnie jakby zanurzył się pod powierzchnię wody. Jednocześnie w Zwierciadle zmaterializował się ktoś inny i zdawało się, że wchodząc do gabinetu, częściowo przeniknął przez Albusa Dumbledore’a. Odziany w szkarłatny płaszcz przybysz, szeroki w barach i wysoki, na ciemne szaty narzucony miał krótki skórzany kaftan. Jego ogorzałą twarz okalała siwa broda, a surowa mina i przeszywające spojrzenie ciemnych oczu przywodziły na myśl blask Księżyca w zimną noc. Był to, rzecz jasna, Merlin Ambrozjusz we własnej osobie. Rozłożył szeroko ręce, a na jego obliczu przelotnie zagościł uśmiech. James poczuł tak wielką ulgę, że z radości aż zakręciło mu się w głowie.

- Jak się pewnie spodziewaliście, na zawsze nie odszedłem – mruknął. – Ależ ja tych czasów nie cierpię… Jednakże muszę przyznać, że niektórych spośród żyjących – tu powiódł spojrzeniem od uradowanego Jamesa do Zane’a i Ralpha – zdecydowanie polubiłem.

Author
Categories

Comments

Commenting is closed for this article.

← Older Newer →