(“James Potter and the Crimson Thread” – G. Norman Lippert)
Znów przeniósł wzrok na dziewczynę. Nie potrafił przyjąć jej punktu widzenia do wiadomości.
- A jeśli się mylisz?
Jej spojrzenie stwardniało.
- Nie mylę się. Czuję to. I wiem; jestem pewna.
Czy rzeczywiście? – przemknęło mu przez głowę. W jej słowach brzmiał jakiś upór, tak jakby próbowała przekonać i jego, i samą siebie.
- Musi być inny sposób – nie ustępował. Opadł na ławkę obok niej. Wrócił spojrzeniem do śpiącej Izzy – dziewczynka leżała plecami do Jamesa, oddychała powoli i głęboko, a zachodzące słońce barwiło jej blond włosy na jasny brąz.
- Nie ma innego – odparła beznamiętnie Petra. – Nie mogę tu zostać. Nie mogę dać się tu uwięzić. A przede wszystkim nie mogę tu umrzeć. To byłoby najgorsze. Gdyby tak się stało… – Westchnęła; oczy jej się zaszkliły. Zaczęła obracać w palcach przedmiot, który leżał obok niej na ławce, potem położyła go na okładce trzymanej na kolanach księgi i przykryła obiema dłońmi.
- To znaczy – James wolał nawet o tym nie myśleć – że gdybyś w obu wcieleniach umarła tutaj, w tym świecie, to już w ogóle nie dałoby się go naprawić?
Przytaknęła, a po chwili pokręciła głową. – To byłaby katastrofa. Nie tylko dla naszego świata, w którym byłyby już dwie Petry, ale i dla tego drugiego, gdzie nie byłoby żadnej. Skąd możemy wiedzieć, czym to grozi? Może reakcją łańcuchową i rozpadem wszystkich wszechświatów w całym uniwersum? – Jej twarz stężała. – I dlatego nikomu nie pozwolę się powstrzymać. Choćby nie wiem co. Nie dam się tu uwięzić. I nie mogę tu umrzeć.
- Dlatego zrobiłaś ten horkruks. – James spojrzał na przedmiot w dłoni Petry i z trudem przełknął ślinę.
Podążyła za jego wzrokiem i odsłoniła sztylet. Ciemne ostrze zalśniło. Wysadzana klejnotami rękojeść wyglądała koszmarnie tandetnie. Petra wyraźnie wstydziła się, że stworzyła coś takiego, jednak nie wzdragała się go używać. James zrozumiał, że dla niej to tylko konieczne narzędzie, gwarancja powodzenia misji, a koszty się nie liczą.
- Teraz jestem Morgan – powiedziała, a wyglądało to, jakby mówiła do sztyletu. – Nie mam nic do stracenia. I nie mam po co żyć.
James nawet nie dopuszczał do siebie tej myśli, całym sercem buntował się przeciw niej. Energicznie potrząsnął głową.
- Może Odin-Vannowi się nie uda. Nie da rady przygotować Gobelinu w Krypcie Przeznaczenia, albo nawet nie da rady dostać się do środka. Albo czary mu nie zadziałają. I co wtedy?
- Zadziałają, James. – Zerknęła na niego; w jej głosie usłyszał jakby żal. – I nie tylko Don mi pomaga.
Zaskoczyła go. Obrócił się natychmiast.
- Jak to nie tylko? Kto jeszcze oprócz Odin-Vanna ci pomaga? – wypalił, nim zorientował się – to było irytujące i trochę głupie – że przemawia przez niego zazdrość.
- Nieważne – odparła Petra, nie patrząc mu w oczy.
- Dla mnie ważne – naciskał James – bo chyba przynajmniej powinienem wiedzieć, kto dla uratowania świata pomoże pozbyć się dziewczyny, którą…
Ledwie się powstrzymał i nie powiedział na głos ostatniego słowa – dziewczyny, którą kocham. Petra tymczasem wstała, w lewej ręce trzymając księgę, a sztylet-horkruks w prawej.
- Przecież ktoś mi musi pomagać, James – odparła cicho, odwrócona do niego plecami – i chociaż chciałbyś sam mi pomóc, tak być nie może. Z przyczyn, których nie mogę ci wyjawić. A zresztą, szczerze mówiąc, chyba nie muszę ci się tłumaczyć.
Obejrzała się przez ramię i rzuciła mu spojrzenie – jakby wyzywające, choć mogła to też być niema prośba, by dał sobie spokój. James jednak również wstał.
- Kto?
Zapatrzyła się na jezioro, nic nie mówiąc. Słońce wisiało wciąż na tej samej wysokości, tuż pod koronami drzew, a James zrozumiał: ono nie zachodziło, a tkwiło tam unieruchomione. Porzucona przez czas chwila trwała bez końca, jak zamrożona, jeśli nie liczyć plusku fal i cichego poszumu wiatru.
- Kto to jest? – powtórzył. Tym razem odważył się podnieść głos.
- To Albus – odparła, obracając się, ale nie patrząc na niego. – W porządku?
- Albus? – zdziwił się James. Był pewien, że się przesłyszał. Nie drgnęła, czekała tylko na jego reakcję, więc nie było mowy o pomyłce. Przemknęły mu przez głowę wspomnienia: na początku roku szkolnego, pierwszego wieczoru, kiedy spotkali się w Komnacie Potrzeby, Albus był podejrzanie milczący, gdy mówili o Petrze, aż ktoś zaczął się zastanawiać, czy to faktycznie Petra włamała się do Składnicy Zakazanych Ksiąg i Ruchomości. To ona, powiedział wtedy z dziwnym przekonaniem. Zatem wiedział. Czy Petra spotkała się z nim już wcześniej? Czy wtajemniczyła go całe miesiące przed tym, nim w ogóle raczyła poinformować Jamesa? I co gorsza – czy w ogóle by mu się przyznała do swoich planów, gdyby nie przeniósł się do niej z pomocą wstęgi łączącej ich mocy, jak to właśnie zrobił?
- Poważnie? Albus? – wykrzyknął. Izzy drgnęła i zamruczała przez sen.
- Jak się nad tym zastanowić, to nic dziwnego. – Petra uniosła głowę, ale nie spojrzała mu w oczy. – Zaprzyjaźniliśmy się tego lata, kiedy razem z Izzy mieszkałyśmy u twojej rodziny. Nawet sobie nie zdajesz sprawy, ile nas łączy.
- Jasne, Albus też tak mówi – skwitował drwiąco. – Po prostu nie miałem pojęcia, że się dogadujecie. No proszę. Czyli nie ma problemu, tak? Skoro to mój własny brat z tobą pracuje, żeby cię posłać w jakiś cholerny inny wymiar.
- I nie tylko on – powiedziała cicho. Tak jakby zdecydowała się wyznać Jamesowi całą prawdę.
- Tak, pewnie – odparł kwaśno i machnął ręką. – Poza tym Don, twój stary kumpel od serca, z którym się znaliście jeszcze zanim ja w ogóle wystąpiłem w tej historii.
- Prócz Dona jest jeszcze ktoś – dodała przekornie. Mówiła jednak nieśmiało i bardzo cicho.
- Niby kto? – spytał ostro i zrobił krok w jej stronę.
Uniosła głowę i odwróciła się do niego, a jej usta zacisnęły się w wąską linię; nie odwracała już wzroku. Nie odpowiedziała, ale tym razem pozwoliła mu czytać ze swojej twarzy, by mógł domyślić się prawdy.
Inne wspomnienie zjawiło się nieproszone w umyśle Jamesa. Nie należało do niego, ale do Petry; nadała je do niego na częstotliwości ich sekretnego połączenia. Czyjś wysoki głos, natarczywy i nienawistny, szeptał zapamiętale w jej głowie:
- Musisz ustąpić! Liczy się tylko władza. Albo pogodzisz się ze swoim przeznaczeniem, albo próbując z nim walczyć, zginiesz. Nie masz w sobie dobra. Dobro… NIE ISTNIEJE!
Ramionami Jamesa wstrząsnął gwałtowny dreszcz. Słyszał już raz tę ohydną mowę, ociekającą nienawiścią; rozpoznał ją natychmiast. Wtedy ten syczący, pełen jadu głos dobiegał ze zniszczonego malowidła. Teraz rozlegał się w mrocznych zakamarkach umysłu Petry – to odzywało się przeklęte Dziedzictwo, ostatni fragment podzielonej duszy samego Lorda Voldemorta. Choć Voldemort już dawno nie żył, jego myśli wciąż snuły się w sercu dziewczyny jak trujący dym.
Po raz pierwszy James w pełni zrozumiał potworne implikacje połączenia między obiema tożsamościami Petry. Była Dziedziczką, a jednocześnie reprezentowała Purpurową Nić. Oba tytuły w gruncie rzeczy oznaczały jedno: szkarłatny wektor wskazujący jedno przerażające, nieuniknione przeznaczenie.
- Czy ty… – ściszył głos do szeptu. – Ty… go słuchasz?
- Nie słucham – odparła, patrząc na niego wyzywająco – ale go wykorzystuję. Jest w nim moc. I coś… Coś jeszcze, czego teraz bardzo potrzebuję.
- Zło? – podsunął James. Wcale nie żartował.
Petra pokręciła przecząco głową i znów odwróciła wzrok.
- Przekonanie. Jestem rozdarta, James, nie dostrzegasz tego? Rozdarta między tym, co muszę zrobić, a tym, czego najbardziej pragnie moje serce. Potrzebuję przekonania, a właśnie w tej części mnie jest przekonanie. Przyciągająca jak magnes mroczna siła. Pomaga mi pozostać na ścieżce, którą muszę iść.
Po prostu gapił się na nią, nie wiedząc, jak ubrać w słowa jakikolwiek sensowny komentarz. Myliła się, i to pod tyloma względami, że nawet nie miał pojęcia, od czego zacząć. Gorączkowo przetrząsał umysł, ale nie znalazł żadnego punktu zaczepienia, więc w końcu powiedział pierwsze, co przyszło mu na myśl.
- Ale tym głosem mówi nienawiść, Petra. Racja nigdy nie jest po stronie nienawiści. Musi przemówić inny głos, taki, który jest naprawdę twój.
Nie drgnęła. Stała nieruchomo na ognistym tle zatrzymanego zachodu słońca, z zakazaną księgą pod pachą i sztyletem-horkruksem w dłoni. Po długiej chwili wolno wzruszyła ramionami i pokręciła głową, jakby doszła do tej samej ponurej konkluzji, do której dochodziła już setki razy.
- Nie ma innego głosu, James – odparła tak prozaicznie, że aż przerażająco. – Inny głos zamilkł, kiedy umarła tamta Petra.
Wyciągnął rękę, wyjął jej ciężką księgę spod pachy i nie patrząc na okładkę, odłożył na ławkę. Obrócił dziewczynę do siebie, ale nie uniosła wzroku, nawet na niego nie spojrzała. Trzymała sztylet-horkruks za plecami – jakby się bała, że James spróbuje go jej odebrać. Albo jakby chciała go nim dźgnąć.
- Nie do wiary – powiedział, kładąc dłonie na jej ramionach. – Przecież jesteś dobra. Dobro to nie jest jakiś mit, przynajmniej póki się w nie wierzy.
Petra pochyliła się w stronę Jamesa, pozwalając wziąć się w ramiona; oparła się czołem o jego szyję. Nie odwzajemniła uścisku, ale chłonęła jego dotyk, tak jakby – choć spragniona czułości – nie chciała o nią prosić. Stali tak przez jakiś czas, ogrzewani niegasnącym blaskiem słońca, zasłuchani w chlupot fal uderzających rytmicznie o pomost i w cichy, powolny rytm oddechu śpiącej obok Izzy. Mogła minąć tylko chwila, a może spędzili tak całą godzinę – James nie miał pojęcia, cieszył się tylko trwającym wiecznie momentem bliskości. Wreszcie dziewczyna drgnęła, powolnym ruchem objęła go w talii i przyciągnęła do siebie, po czym uniosła się na palcach. Pochylił głowę, gdy otworzyła usta, myśląc, że Petra chce mu coś szepnąć. Tymczasem…
Pocałowała go.
Nie przepłynęła między nimi w cudowny sposób żadna moc, nie przeskoczyła oślepiająca iskra zaklęcia. Pełen wyrazu dotyk jej ust, cudownie ciepłych i delikatnych warg, był czymś do bólu zwyczajnym. A mimo to…
Mimo to James nigdy jeszcze nie przeżył takiej chwili pierwotnej magii w najczystszej postaci. Zapomniał, kim jest. Czuł się tak, jakby serce rozrosło mu się na całe ciało, wypierając wszystkie świadome, racjonalne myśli.
A potem, choć upłynęła ledwie sekunda – a może minęło im tak całe życie? – Petra odsunęła się odrobinę i stanęli twarzą w twarz blisko siebie, a w jej spojrzeniu kryła się melancholia.
- To była nasza pierwsza i ostatnia kłótnia kochanków, James – powiedziała markotnie. – Wiesz o tym?
Wpatrzonemu w nią Jamesowi wręcz odebrało mowę. Pragnął tylko pocałować ją ponownie, ewentualnie by świat w tym momencie przestał istnieć, żeby jej pocałunek pozostał jego ostatnim wspomnieniem. Odparł w końcu:
- Nie. Czy to teraz, to było… na zgodę?
Uśmiechnęła się tajemniczo i potrząsnęła głową.
- To dlatego, że jesteś zazdrosny o Dona. To tylko mój przyjaciel. Zawsze był i mógłby być tylko przyjacielem. Jest inny niż ty. A twoja zazdrość… jest naprawdę słodka. I urocza.
James poczuł, że się rumieni. Wiedział, że ona to widzi, ale nie było mu wstyd.
- Nie odchodź, Petra – poprosił. Słowa wyrwały mu się, nim zdołał je powstrzymać. I nie musiał nic więcej mówić. W końcu nie było takiej rzeczy na świecie, której chciałby bardziej. Bez względu na cenę i konsekwencje.
Zamknęła oczy. Jej twarz na parę sekund wykrzywił grymas bólu, jakby stoczyła jakąś tytaniczną wewnętrzną walkę. Potem zesztywniała na moment, a gdy znów na niego spojrzała, nie była już taka sama.
James zadygotał i szarpnął się, ale Petra trzymała go mocno. Znów wpatrywała się w niego, lecz jej oczy płonęły teraz czerwonym blaskiem. Źrenice, niczym w oczach węża, zwęziły się do wąskich szparek.
- Nie chcę odchodzić, James – wyszeptała z naciskiem. Emanowała z niej pewność siebie, a w głosie płonął zimny ogień. – Ale nie utrudniaj tego jeszcze bardziej. Już cię ostrzegałam. Nie próbuj mnie powstrzymać. Nikt nie może mnie powstrzymać.
- Petra… – wychrypiał. Przerażenie ścisnęło mu gardło i z trudem wydobywał głos. Petra wciąż trzymała go w uścisku – nie wiedział, czy go tylko obejmuje, czy właśnie próbuje udusić.
- Kocham cię, James – powiedziała. Jej oddech palił go mrozem w twarz, ale jeszcze bardziej zmroziła go desperacja w jej głosie. To nie brzmiało jak słowa kochającej młodej kobiety. To było epitafium i końcowa inskrypcja przypieczętowana pocałunkiem, pierwszym i ostatnim – jednym, który miał wystarczyć za wszystkie.
Ciemność nagle zasnuła niebo. Pogrążyła w mroku jezioro, a słońce zniknęło jak zdmuchnięte; Jamesa i Petrę wchłonęła nieprzenikniona czerń. Spadał już, odlatywał w otchłań snu, lecz wciąż czuł, że dziewczyna nie wypuszcza go z objęć, a głuche echo jej ostatnich słów łomotało mu w głowie jak żałobny dźwięk dzwonu, przejmujący chłodem niczym dotknięcie śniegowej zmarzliny.
Comments
Commenting is closed for this article.