Praktykantka - fragmenty

Posted
Comments None

Opowiadanie pt. “Praktykantka” (oryg. The Apprentice – Nerys) – fragmenty przełożone we własnym zakresie.

***

Tylko stojące pod zaklętym oknem biurko jakby nie pasowało do wystroju. Miało pomalowane na biało metalowe stopki i lśniący bielą szklany blat. Było zbyt nowoczesne, by mogło stanowić część oryginalnego umeblowania. Tak samo zbyt nowocześnie wyglądało ustawione przed nim krzesło.

IKEA?

Zachichotała, wyobrażając sobie Lorda Voldemorta na zakupach. Ha, po czymś takim zostałby pusty sklep… No i żadnego stania w długiej kolejce do kasy, żeby zapłacić. Lord Voldemort przy kasie, płacący za zakupy? Rany, Granger, ależ ty masz szalone pomysły!

***

Nie czuła się jednak dobrze. Dopadła kolumienki łóżka, wsparła się na niej i uniosła do pionu. Chwiejąc się na nogach, trzymała oburącz, czekając, aż pokój przestanie wirować. Trwało to tak niemożliwie długo, że w końcu zamknęła oczy i oparła na kolumience głowę.

No dobrze, jak tu się dostać do łazienki i nie upaść po drodze?

Zwyczajnie, siłą woli – zdecydowała. Pokój w końcu tak naprawdę się nie poruszał. To tylko jej umysł płatał figle. Odetchnęła głęboko, puściła kolumienkę i po pierwszym kroku upadła na twarz.

I to tyle na temat siły woli.

***

Dumbledore kiwnął głową, Shacklebolt, jak większość obecnych, usiadł, oczekując na jego wyjaśnienia. – To prawda, i wygląda na to, że nie mam innego wyjścia, niż… – powiedział i nagle z nieprawdopodobną prędkością machnął różdżką.

Moody przewrócił swoje krzesło i wtoczył się pod stół, bańka srebrzystej osłony podążyła za nim. Reszta nie miała szans, klątwa Dumbledore’a unieruchomiła wszystkich.

- Alastorze? – zawołał Dumbledore, cofając się wolno i unosząc różdżkę. Razem z nim również przemieszczała się srebrzysta osłona, gdy szedł, mijając zastygłych w bezruchu ludzi.

- Tak, Albusie? – odpowiedział Moody, uprzejmie, ale trzymając swoją różdżkę w pogotowiu.

- Musimy o tym porozmawiać.

- Nie będziesz mi czyścił pamięci, Albusie.

- Oczywiście, że nie, stary przyjacielu – odparł krzepiąco Dumbledore. – Nigdy bym czegoś tak potwornego nie zrobił.

- Powiedz to komuś, kto da się nabrać – warknął nieufnie Moody i natychmiast odskoczył, widząc, że Dumbledore zmierza w kierunku drugiego końca stołu.

- Robisz więcej hałasu niż dawniej, kiedy się przemieszczasz, Alastorze.

- Już nie te lata, a jedna noga z drewna – wzruszył ramionami Moody.

- Obaj musimy sobie radzić z ułomnościami – przyznał Dumbledore, sięgając okaleczoną dłonią pod blat i machając różdżką. Rozległ się dźwięk jakby uderzenia w gong, Moody zaklął, trafiło w zlew i po kuchni rozprysnęła się woda. Strumień czerwonego światła pomknął w stronę Dumbledore’a, który bez trudu odsunął się z jego drogi. Robótka i magiczne druty Molly zawisły nieruchomo w powietrzu, kłębki wełny rozwinęły się i potoczyły po podłodze.

- To był paskudny urok, Alastorze.

- Twój też, Albusie.

- Ta rozmowa może się skończyć tylko w jeden sposób – ostrzegł Dumbledore, obchodząc stół.

- Aha… – mruknął Moody, kryjąc się za unieruchomionym Kingsleyem Shackleboltem. – To może byś tak rzucił różdżkę i się poddał?

Dumbledore uśmiechnął się szeroko. Moody tymczasem szturchnął różdżką Kingsleya. Bez skutku. Zdziwiony, spojrzał na różdżkę, po czym machnął nią. Poleciały iskry – nadal działała.

- To nie było zwykłe zaklęcie zamrażające. On się nie poruszy – wyjaśnił bez pytania Dumbledore. Moody słyszał jego głos niebezpiecznie blisko – za blisko. Jego magiczne oko wykonało pełny obrót, rejestrując obraz pomieszczenia. Nie było gdzie się schować. Prędko przetoczył się w wolne od mebli miejsce i machnął różdżką w stronę nieruchomego Albusa, rzucając swoje słynne zaklęcie krępujące. Wcale się nie spodziewał, że zadziała. Liny owinęły ciasno dyrektora, który przewrócił się i legł nieruchomo. Moody’emu opadła szczęka. Celując różdżką i wpatrując się w Albusa Dumbledore’a, wstał. I o sekundę za późno pojął swój błąd.

- O, na brodę Merlina… – wykrztusił ze zdumieniem, po czym zamarł, nieruchomy jak pozostali.

- Wybacz, przyjacielu – odezwał się stojący za nim Dumbledore, zdejmując czar niewidzialności – ale istnienie Rady musi pozostać tajemnicą.

***

- Świetnie! – rzekł Voldemort, patrząc ponad jej ramieniem na wazę z tyłu. – Pamiętaj, że dla zaklęć niskiego poziomu regułą jest, iż im więcej wykonujesz poruszeń, tym więcej energii zużyjesz na samo poruszanie, zamiast na zadziałanie zaklęcia. Takie wymachiwanie różdżką może wyglądać dla obserwatorów niezwykle interesująco, ale w tej chwili nie zajmujemy się rozrywką.

- Jak rozróżnić zaklęcia niskiego i wysokiego poziomu? – zaciekawiła się Hermiona, pamiętając, jak mówił o zaklęciach wysokiego poziomu coś przeciwnego – że ruch dodaje im energii.

- Inaczej się je czuje – odparł Voldemort, robiąc krok w tył.

Skrzywiła się. Inaczej się je czuje? To nie było zbyt pomocne. – Ale… przecież tyle rzeczy wpływa na odbiór zaklęcia, że jak?…

- Najpierw namysł i wola – przerwał. – Póki sobie tego nie usystematyzujesz, Hermiono, byłoby z mojej strony daremnym trudem wyjaśniać ci magiczną percepcję.

Westchnęła, ale potrafiła rozpoznać, kiedy sprawa jest beznadziejna. Wola i namysł. Skoncentrowała się i ponownie rozbiła wazę. Efekt był tym razem bardziej spektakularny, ale Lord Voldemort nie był pod wrażeniem.

- Musisz CHCIEĆ rozbić tę wazę, Granger.

- To się powoli robi monotonne – rzuciła z przekąsem. – Moja nienawiść do niej szybko mija.

- Tym lepszy powód, by zrobić to raz a dobrze – odparł drwiąco.

Szurając nogami, z powrotem zajęła pozycję i skupiła uwagę.

- Zawsze możesz sobie wyobrazić, że to coś innego – podsunął. – Na przykład twój wróg.

Opuściła rękę i ponuro popatrzyła na niego przez ramię.

- Więc po co marnuję czas na wazę? – odburknęła. Obróciła się z powrotem, kręcąc głową, zacisnęła zęby i wypuściła powietrze z płuc. Znalazłby się przecież dużo lepszy cel.

I wcale nie słyszała za plecami wyśmiewających jej tchórzostwo szeptów. Wca-le-a-wca-le.

Zesztywniała i mocniej zacisnęła dłoń na różdżce. Och, namyśliła się już wystarczająco. Bezwarunkowo i definitywnie.

Uch! Podśmiewywał się! I to, co gorsza, tak protekcjonalnie i szyderczo!

Dobrze! Chce zobaczyć wolę, to ją zobaczy! Obróciła się gwałtownie.

- Expulso!

Zaklęcie wystrzeliło z jej różdżki z siłą błyskawicy i pomknęło w stronę Lorda Voldemorta. Płynnym ruchem, ukośnie, machnął przed sobą różdżką, wyłapując i odbijając w jej stronę moc czaru. Nurknęła w dół, zaklęcie przemknęło tuż nad jej głową.

- Protego!

Jego zaklęcie tarczy opłynęło ją, dając ochronę przed potężną eksplozją, jaka zaraz nastąpiła. Przestała istnieć nie tylko waza, rozpadł się nawet postument, na którym stała. Po otaczającej je kolistej barierze pozostał ledwie ślad; uderzona odłamkami tarcza zadzwoniła jak tysiące małych dzwoneczków. Tak ogromna była siła wybuchu, że rozbiła cel na proch, w którym nie dało się rozpoznać, co uległo zniszczeniu. Oszołomiona Hermiona wpatrywała się w puste miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stał obiekt jej ćwiczeń. Waza wcale tym razem natychmiast się nie odbudowała. I wciąż jeszcze nie zaczynała się rekonstruować.

Para lśniących czarnych butów zatrzymała się obok jej głowy.

O kurna. Będzie bolało.

- Dużo lepiej! – usłyszała nad sobą jego zadowolony głos. – I wolałbym więcej nie oglądać takich żałosnych prób rzucania zaklęć jak wcześniej, skoro już pokazałaś, na co cię stać.

Author
Categories

Comments

Commenting is closed for this article.

← Older Newer →