James Potter i Krypta Przeznaczenia - fragment

Posted
Comments None

(“James Potter and the Vault of Destinies” – G. Norman Lippert)

Myśli Jamesa pędziły jak szalone; wciąż odtwarzał sobie w pamięci wydarzenia wieczoru, a cała ta historia wyglądała coraz bardziej tajemniczo za każdym powtórzeniem. Już same słowa Petry były przerażające, a wspomnienie walącego się masztu i okropności, które po nim nastąpiły – jeszcze gorsze. James przypomniał sobie smutek i zdecydowanie w jej głosie, gdy mówiła, by ją puścił i pozwolił jej wpaść do oceanu w ślad za tajemniczą broszą – coś, czego nigdy, przenigdy by nie zrobił. I wreszcie najgorsze: ten moment, gdy jak obuchem uderzyła go świadomość, że Petra – dziewczyna, którą kocha – za chwilę zginie.

Potem zaś James – czym chyba on sam najbardziej był zaskoczony – wyczarował tajemniczą srebrną wstęgę, która połączyła oboje i uratowała dziewczynę przed nacierającymi falami. Dzień wcześniej Bairstow orzekł, że nadchodząca burza wcale nie będzie taka, jak w “Triumwiracie”. To żaden taki magiczny sztorm – mówił – jak ten, który o mało nie dosięgnął legendarnego Treusa i jego załogi. Chłopiec nie mógł przestać myśleć o tym, że wypadki potoczyły się zupełnie inaczej.

Gdzieś blisko na mokrym pokładzie rozległy się kroki. James nawet nie podniósł wzroku. Miał nadzieję, że nadchodzący po prostu go minie, ten jednakże, ledwie widoczny w ciemnościach burzliwej nocy, podszedł tak blisko, że gdy oparł się obok o reling, James poczuł ciepło.

- Wszystko w porządku? – usłyszał cichy głos ojca. Westchnął głęboko.

- Tak… Chyba tak.

Razem przez jakąś minutę obserwowali grzywacze, sunące za burtą jak duchy, nim ojciec przemówił ponownie:

- Chcesz mi opowiedzieć o tym, co się stało?

James wahał się przez chwilę, nim odpowiedział:

- Ona jest chora, tato. Ale to nie tak, jak się zdaje mamie. Z Petrą nie jest dobrze. Coś w jej głowie… Myślę, że ona… Że wyszła dzisiaj na pokład… bo chciała, żeby coś jej się przydarzyło.

Harry wolno pokiwał głową. Jego okulary zalśniły, gdy zza kłębiących się chmur wyjrzał księżyc.

- Mówiłem o tym Merlinowi. Dyrektor ją… obserwuje.

- Co się z nią dzieje? – James zerknął na ojca. – Może Merlin będzie wiedział? Czy ona wyzdrowieje?

Harry obrócił się do Jamesa i z łagodnym uśmiechem odparł:

- Powiem ci szczerze, synu – nie wiem. Ale ona naprawdę przeszła piekło. Minie trochę czasu, nim sobie z tym poradzi. Bądź jej przyjacielem i czekaj cierpliwie.

James znów westchnął i odwrócił wzrok.

- Nie mam pojęcia, jak to mam zrobić. Za każdym razem, jak chcę z nią pomówić, to się… Nie wiem. – Wzruszył ramionami i pokręcił głową.

Harry uśmiechnął się szeroko i żartobliwie szturchnął Jamesa.

- Rozumiem, co czujesz. Nic się nie martw. Kiedy będzie trzeba, słów ci nie zabraknie. Tak jak dzisiaj.

James nerwowo zerknął na ojca.

- O czym ty mówisz?

Harry wzruszył ramionami.

- Słyszałem cię. Zresztą wszyscy słyszeliśmy, jak krzyczysz na rufie do Petry, kiedy wypadła i zawisła za relingiem. Powiedziałeś jej, co musi zrobić, i przekonałeś ją. Uratowałeś jej życie, James.

- Ale jak to się dzieje, tato? – zawołał James. – Jak ona to zrobiła? Przecięła liny samą siłą woli! Wczoraj rano zrobiła tak samo, naprawiła łańcuchy uprzęży pod dnem statku. Bez różdżki! Ona… – powiedział i ugryzł się w język, bo o mało nie złamał danego Petrze słowa. Obiecał w końcu, że nikomu nie zdradzi jej sekretu. – Ona… już nie używa różdżki. Przynajmniej ja nie widziałem.

- Też zauważyłem – odparł bez zdziwienia Harry. – Merlin o tym wie. Trochę mi mówił, ale pewnie nie za wiele. To, co on wie, zachowuje dla siebie.

- Nic mi nie możesz powiedzieć?

Harry potrząsnął głową.

- To nie dlatego, żebyś na to nie zasługiwał, James. Dlatego, że to nie ma sensu. Może później. Kiedy coś się wyjaśni.

- To po to Merlin z nami płynie, tak? – spytał, przypatrując się badawczo ojcu. – Jest tu, żeby mieć Petrę na oku?

Harry spojrzał na niego i powoli pokręcił głową.

- Myślisz zupełnie jak auror, James – oznajmił. – Mądrze korzystaj z tej umiejętności i trzymaj się z dala od kłopotów. Wiem, jak trudno ci to przyjąć do wiadomości, ale i tak powiem: na razie nic więcej nie możesz dla niej zrobić. Po prostu bądź jej przyjacielem, bo cokolwiek się zdarzy, tego właśnie najbardziej będzie potrzebowała.

- A co się zdarzy? – James nie odrywał wzroku od ojca. – Już coś słyszałeś?

- Właśnie usłyszałem, jak ciężko ci przyjąć do wiadomości, że nie musisz sam brać świata na swoje barki – odparł Harry znużonym głosem, w którym jednak pobrzmiewała czułość. Uśmiechnął się krzywo i dodał: – Ale trzeba ci przyznać, że za to sam dochodzisz do prawidłowych wniosków.

Zamilkli na długą chwilę; James obrócił się i zapatrzył na ocean, słuchając tylko fal monotonnie uderzających o dziób statku, a odezwał się dopiero po paru minutach:

- Co się dzisiaj stało, tato?

Zdawało się, że Harry rozumie, o czym chce pomówić syn – przez moment jakby zastanawiał się nad odpowiedzią, po czym zdjął okulary.

- Czy mówiłem ci już, co się stało wtedy, kiedy zginęła moja mama i tato? – spytał miękko.

James przyjrzał mu się z uwagą.

- Tak… – odparł niepewnie. – To znaczy… Każdy chyba wie. Napisano o tym książki. I są nawet filmy.

Harry skinął głową.

- Owszem, ale w nich nie ma nic o tym, co naprawdę miało miejsce. To wszystko tylko domysły. No i wiesz, wszyscy ci, którzy tamtej nocy przy tym byli, już nie żyją. Oprócz mnie, oczywiście. A ja na szczęście nic nie pamiętam. Tylko jedna osoba rzeczywiście wiedziała, co się tam zdarzyło. Domyślasz się, o kim mowa?

James zmarszczył brwi, ale nagle przyszła mu do głowy odpowiedź.

- Dumbledore? Twój dawny dyrektor?

- Trafiłeś – uśmiechnął się smutno Harry. – Albus Dumbledore. Powiedział mi o tym, chociaż wtedy za wiele nie zrozumiałem. Może nikt poza samym Dumbledore’em tak naprawdę by nie zrozumiał. W końcu to stara magia. Stara i niezgłębiona. Czegoś takiego nie uczą w książkach ani na zajęciach; to wymaga mądrości. Dumbledore może i nie był doskonały… ale był bardzo mądry.

James, zdziwiony, zamrugał; nie był pewien, do czego dąży ojciec.

- I co ci powiedział? – spytał. – O tym, co się stało tamtej nocy?

Harry zmrużył oczy i zwrócił wzrok ku falom.

- Moja matka dokonała wymiany – powiedział powoli. – To brzmi jak coś banalnego, ale myślę, że nie jest ani trochę łatwe. Pewnie proste wyjaśnienie to jedyny sposób, żebyśmy to mogli ogarnąć rozumem. Dokonała wymiany. Oddała życie, żeby mnie ocalić. Gdy to zrobiła, zadziałała pewnego rodzaju magia, której okrutny i potężny Voldemort w ogóle nie był w stanie pojąć. Mama zawarła w ten sposób rodzaj kontraktu, który go od tego momentu wiązał, który połączył Voldemorta ze mną po wsze czasy, aż do śmierci jednego z nas. Cały sekret, ukryta tajemnica tego aktu, to jego sedno – siła, która czyni postanowienia kontraktu ostatecznymi. Kiedy Dumbledore mi to powiedział, byłem jeszcze chłopcem, młodszym niż ty. Wtedy to brzmiało aż za prosto. Pomyślałem, że pewnie jest zwyczajnie sentymentalny. Teraz już wiem, że jest inaczej, że ta siła, o której tak naprawdę mówił, to niewzruszona, niezniszczalna, najpotężniejsza rzecz w całym uniwersum. Powiedz mi tylko, że rozumiesz, o czym mówię.

James dobrze wiedział, o czym mówi ojciec.

- O miłości – odparł. – Magiczny kontrakt twojej mamy był oparty na miłości, przynajmniej w jakiś sposób. Prawda?

Harry powoli przytaknął.

- Ludziom się zdaje, że miłość to rzecz banalna i błaha, bujanie w obłokach. Piszą o niej na różowym papierze w kwiatki, grają rzewne piosenki przy akompaniamencie fletu i harfy, drukują pocztówki dla zakochanych. Ale to nie tym jest naprawdę miłość – a przynajmniej nie tylko tym. Miłość jest jak łańcuchy z najtwardszej stali. Jak ciężary, które ważą tyle, co cały świat. Tak jak umie stwarzać, tak potrafi i niszczyć. To moc, przy której wszystko blednie. Tego właśnie Voldemort nie był w stanie pomieścić w głowie i przez to potem zginął: miłość mojej mamy, wymiana, której dokonała, i to, że poświęciła siebie… dla mnie.

James jeszcze nigdy nie słyszał, by ojciec mówił takie rzeczy. Historia śmierci jego rodziców była w świecie czarodziejów tak powszechnie znana, powtarzana tyle razy, że wręcz wyprana z emocji. Dopiero teraz jednak do Jamesa w pełni dotarło, że to wszystko zdarzyło się naprawdę, że ojciec – wielki Harry Potter – był kiedyś bezbronnym niemowlęciem i potrzebował ochrony, którą dała mu matka. I że ta kobieta w akcie doskonałej miłości oddała mu wszystko, co miała, włącznie z największym darem: własnym życiem.

Harry drgnął i wyprostował się.

- Jak mówiłem, to stara magia. Jest czymś tak fundamentalnym i prostym, że nie ma nazwy. Po prostu jest. Ta wymiana, uratowanie jednego życia przez poświęcenie drugiego, tworzy nierozerwalną więź, jakby wiążący na zawsze kontrakt. Coś takiego, co istniało między Voldemortem a mną i w końcu spowodowało jego śmierć. Rozumiesz, James?

- Tak. – James pokiwał głową. – To znaczy… Chyba. Ale co to ma wspólnego z…

- James – przerwał mu Harry – dzisiaj coś takiego zdarzyło się właśnie tu, na tym statku. Tyle że w trochę inny sposób. Nie byłem pewien w tamtej chwili, kiedy się to stało; nic nie widziałem, bo Merlin zasłonił wszystkie okna. Ale coś poczułem. Jakaś część mnie, jakaś ważna i głęboko ukryta cząstka… pamiętała to uczucie. James, czy możesz mi powiedzieć… Kiedy Petra spadła, to czy… widziałeś coś? Coś niezwykłego?

Aż zrobiło mu się zimno. Szeroko otwartymi oczami spojrzał z przerażeniem na ojca. Nie musiał odpowiadać – Harry wyczytał w jego twarzy odpowiedź.

- Coś zaszło między wami. Ale to nie była wymiana. Nie wiem jak, ale uratowałeś ją, tak jak mnie uratowała matka… tylko nie musiałeś przy tym ginąć. Chociaż chciałeś. Prawda?

James, nieobecny myślami, nie odrywał wzroku od ojca, choć właśnie wracał do tego, co zdarzyło się wieczorem. Przytaknął. Harry kiwnął głową.

- Rozumiem. Pragnąłeś zginąć zamiast niej. W jakiś sposób to wyzwoliło tę magię i spowodowało powstanie więzi… mimo że nie musiałeś umierać.

- Ale… jak to możliwe? – James ściszył głos do szeptu. – Twoja mama była dorosłą czarownicą, i to na pewno świetną. Jak mogłem rzucić, tak jak ona, takie trudne i potężne zaklęcie?

Harry potrząsnął głową.

- To nie taka magia, James. I dlatego w starciu z nią Voldemort przegrał. To nie jest magia, której można się nauczyć. To nie transmutacja ani latanie na miotle. Dla tych, którzy poznali miłość, ta moc po prostu leży gdzieś głęboko, ukryta, niczym wielka podziemna rzeka. Bardzo mało jest czarownic i czarodziejów, którzy w ogóle potrzebują, czy też… mają dość charakteru, by ją przywołać. A ty tego dokonałeś, James. Tak jak moja mama. Dokonałeś tego.

- Ale… W takim razie dlaczego nadal żyję? A jeżeli to jednak była wymiana?…

Harry położył dłoń na ramieniu syna.

- Nie mam pojęcia. To prawie tak, jakbyś posłużył się zupełnie innym rodzajem magii, czymś poza zasięgiem naszej wiedzy i pojmowania. Wiem tylko, że tak właśnie się zdarzyło i… jestem z ciebie dumny, James. Aż nie potrafię wyrazić, jak bardzo jestem dumny – nie tylko z tego, co zrobiłeś, ale i z tego, jak spokojnie i pewnie to zrobiłeś. – Westchnął głęboko i mówił cicho dalej: – I nie potrafię powiedzieć, jaka to była ulga zobaczyć, jak razem z Petrą schodzicie do nas po schodach, wstrząśnięci i cali mokrzy. Bo już myślałem – przez krótką chwilę, ale to był koszmar – że cię straciłem. Nie chcę już nigdy w życiu tak się znowu poczuć. Nie zniósłbym tego chyba.

James pokiwał głową. To też bardzo dobrze rozumiał.

Zdawało się, że powiedzieli sobie już wszystko; Harry objął syna ramieniem i ruszyli w stronę schodów pod pokład.

- Tato? – odezwał się James, gdy tak szli w ciemności. – Dlaczego Merlin zasłonił okna? Dlaczego po prostu nie użył magii, żeby uratować Petrę?

Harry zamyślił się na długo. James sądził już, że ojciec nic nie odpowie, gdy ten w końcu nabrał głęboko powietrza.

- Merlin to tajemniczy i potężny czarodziej, James. – Harry starannie dobierał słowa. – Pochodzi z zupełnie innych czasów. Nie rozumiem przyczyn mnóstwa rzeczy, które robi. No ale w jednym przypomina mojego dawnego dyrektora, Dumbledore’a: jest bardzo mądry. Mądrość nie przychodzi łatwo ani tanim kosztem; trzeba ją szanować. Nie zawsze rozumiem Merlina, ale go szanuję. Na pewno ma swoje powody, tylko się tymi powodami z nikim nie dzieli.

James uparł się, żeby zgłębić temat; zatrzymał się u szczytu schodów i zajrzał ojcu w twarz.

- Zgadnij, tato. Proszę. Ty zawsze wyczuwasz pismo nosem; spróbuj się domyślić.

Harry, zadumany, zapatrzył się na grzywacze i wolno pokręcił głową.

- Możliwe, że Merlin wiedział, że uratujesz Petrę… albo że tak czy owak w jakiś sposób zostanie uratowana… – powiedział i zamilkł na chwilę. Potem wzruszył ramionami i nie patrząc na Jamesa, dodał: – Albo z jakiejś przyczyny – choć bardzo mi się nie podoba taka ewentualność – może Merlin mógł mieć zamiar… pozwolić Petrze umrzeć.

Jamesowi znów zrobiło się zimno. I to tak, że zjeżyły mu się włosy, a po plecach przebiegł dreszcz.

Harry widział reakcję syna, ale nie próbował wypierać się tego, co powiedział; nie dodał już ani słowa. Obaj nie odzywali się przez długą chwilę, zatopieni w myślach, by wreszcie ruszyć wypełnionym ciepłem i światłem korytarzem pod pokład. Przed drzwiami kajuty Jamesa powiedzieli sobie dobranoc, po czym chłopiec, starając się nie hałasować, ułożył się na koi.

Statek miarowo kołysał się na falach. W ciemności James uniósł prawą dłoń i przyjrzał się jej. Świecącej srebrzyście wstęgi nie było widać, ale czuło się wyraźnie, że jest na miejscu, rzeczywista i równie mocna jak wieczorem, gdy jedynie ona trzymała Petrę z dala od rozkołysanych fal. A sam James rzeczywiście musiał pragnąć umrzeć dla Petry. Wtedy tego nie wiedział, świadomie o tym nie myślał, ale nie było wątpliwości – chciał wymienić swoje życie na jej życie.

Merlin jednakże mógł chcieć pozwolić Petrze umrzeć. Choć to wydawało się nieprawdopodobne, pewnie nawet nie ruszyłby palcem, by rzucić jakiś czar i ją uratować. James, nie podnosząc się, wolno pokręcił głową i pozwolił dłoni opaść na koję. Ufał Merlinowi; wszystko, co przez ostatni rok przeżył, ugruntowało jego wiarę w mądrość i dobre intencje starca, podobną do tej, którą czuł ojciec. Tylko jak wytłumaczyć, czemu Merlin zdecydował się nie ratować Petry? Nagle James otworzył szeroko oczy, a serce w nim zamarło: a gdyby to sam Merlin wyczarował sztorm? W końcu natura to jego medium, źródło jego mocy. A jeśli sztorm był magiczny i zaprogramowany, by zabić Petrę?

Przypuszczenie bez sensu, rzecz jasna – przecież Merlinowi można ufać. James wierzył i w pełni ufał, że Merlin jest w porządku.

Tylko co z Petrą? – zapytywał sam siebie; nie umiał uciszyć tego płynącego z serca głosu. W końcu Petra jest przekonana, że dokonała morderstwa. Jeśli tak, to może Phyllis sobie na to zasłużyła. A może i nie. Może Albus ma rację i Petra jest na wolności wyłącznie dlatego, że nic jej nie można udowodnić. Może Merlin chciał, żeby Petra dziś zginęła, bo ona… nie jest dobra. Może jest złą czarownicą. Albo gorzej – jest zła i… bardzo potężna.

Z wysiłkiem stłumił wypełniający mu głowę potok myśli. Przecież Petra nie jest zła. Wystraszona i zdezorientowana – może, na pewno nie jest całkiem zdrowa, ale w głębi duszy jest dobra – tego był pewien. Jeśli Merlin uważa inaczej – chłopiec nie wiedział, czy tak jest, chociaż wydarzenia wieczoru mogły sugerować, że owszem – to zwyczajnie się myli.

I z tą myślą James zapadł w końcu w płytki, niespokojny sen.

Author
Categories

Comments

Commenting is closed for this article.

← Older Newer →